Strona główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinaria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Pierś z kurczaka z suszonymi pomidorami i śmietaną

Obiad można zrobić dosłownie w 20min. Ostatnio przejadł mi się kurczak w tradycyjnych odsłonach i szukałam czegoś nowego.

Składniki (3 duże porcje):
- 2 piersi z kurczaka (pojedyncze)
- 1 mała śmietana (użyłam 18%)
- 2 garście suszonych pomidorów (bez zalewy)
- 5 ząbków czosnku
- zioła prowansalskie
- sól, pieprz
- łyżka oleju do smażenia
- opcjonalnie: wino do podlania mięsa (użyłam różowego półwytrawnego)


Piersi osuszyć papierowym ręcznikiem, pokroić w niezbyt grube plastry. Posolić, popieprzyć. Posiekać czosnek i pomidory w kostkę 1x1cm.  Mięso z czosnkiem smażyć krótko z obu stron. Dodać pomidory i zioła. Zalać winem, krótko dusić pod przykryciem, potem zdjąć pokrywkę i odparować wino. Dodać śmietanę i porządnie zagotować. 


Można podawać z ryżem lub makaronem. Ja przygotowałam do tego ryż i gotowane brokuły.

niedziela, 15 lutego 2015

Polecane lokale + oszustwo w zmianach Gastronauci.pl

Znaliście portal Gastronauci.pl? Większość z Was na pewno go kojarzy. To, że miał zostać scalony z indyjskim Zomato pewnie też. Od kilku lat z zadowoleniem używałam Gastronautów i kiedy otrzymałam w zeszłym roku mail o fuzji nie przewidywałam większych problemów. Dziś czuję się totalnie oszukana. Mój profil został przekształcony w zombie ulokowane w czarnej, post apokaliptycznej dziurze. Poniżej wyjaśnienie w postaci  pięciu powodów, dlaczego tak uważam.

Źródło
W otrzymanym mailu od Gastronauci.pl dowiedziałam się, że mój profil będzie przeniesiony, a sam portal połączony z Zomato. Guzik prawda.

1. Zostało przeniesione gołe konto = nickname i hasło. Wykasowano moje ustawienia prywatne, lokalizację i co najgorsze recenzje restauracji, które napisałam. Zamieszczona informacja, że "nie napisałeś/aś jeszcze żadnej recenzji :(" to szczyt.
2. Portal Gastronauci nie został ani połączony, ani scalony itd. Zomato nie "wchłonęło" wszystkich informacji. Pożarło Gastronautów, wybrało z nich co temu pasuje, po czym to co było zbędne wypluło.
3. Opole nie istnieje (może w Indiach nie wiedzą o tym mieście. Z drugiej strony nieźle orientują się w dzielnicach np. Wrocławia).
4. Ustawienie lokalizacji "automatycznie" wrzuca mnie do Krakowa. Szkoda, że nie do Sopotu...
5. Lokale gastronomiczne w Opolu i okolicy nie istnieją - ich dorobek zgromadzony w Gastronauci.pl został usunięty.

Lubiłam serwis Gastronauci.pl, robiłam tam rozeznanie gdzie warto iść i czy otwierają się w mojej okolicy nowe lokale. Zomato pewnie się sprawdzi w miastach, które już raczyło uwzględnić w swojej bazie. Może kiedyś dorzuci do niej nawet Opole. Tak się akurat złożyło, że w części wyplutej przez Zomato były moje potrzeby i materiały. Na chwilę obecną odechciało mi się tego serwisu, bo ich polityka jest odstraszająca.

Na koniec chciałam tylko przypomnieć kilka opolskich lokali, które zostały wykasowane z bazy, a które lubiłam, odwiedziłam więcej niż jeden raz i z czystym sercem polecam:

Kaiseki: sushi bar. Pyszne, świeże sushi. Szeroki wybór, uprzejma obsługa. Ceny typowe dla takich lokali (czyli wysokie), ale naprawdę warto tam zajrzeć. Jeśli nie wiecie czy lubicie sushi - sprawdźcie to tam. Mają stoisko z gotowym sushi w C.H. Karolinka - to sobie odpuście, sushi z lodówki to traumatyczne przeżycie. Tylko świeże jest dobre.

Ha Noi Smaki Azji: kuchnia orientalna w postaci baru szybkiej obsługi. Jedzenie świeże, smaczne, robione na bieżąco i tanie. Byłam wielokrotnie - kucharze faktycznie wyglądają na Azjatów, nie oszczędzają na mięsie i owocach morza.

Manekin: sieciówka, która ma rewelacyjny poziom i stosunek jakości do ceny. Specjalizują się w naleśnikach w różnych odsłonach. Lokal elegancki, obsługa kelnerska a do tego dania są bardzo smaczne, duże i kosztują ok. 15zł. Sałaty też mają udane.

Poza tym na smaczną pizzę można wybrać się do klubu Zebra (burgery też mają niezłe), pizzerii Oregano i Giuseppe.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Schab: przepis prosty i bardzo szybki

W dodatku przepis jest bez użycia soli. Na co dzień bez cukru mogę się obejść, ale bez soli? Chlorek sodu zawsze i wszędzie. O dziwo ten przepis naprawdę jej nie potrzebuje. Poza  tym przeprosiłam się z miodem - jeszcze rok temu nie do pomyślenia było w mojej kuchni by użyć go do mięsa.

Składnik  (na 2-3 osoby):
- ok. 400g schabu bez kości
- odrobina octu
- miód (1-2 łyżki)
- czosnek (kilka dużych ząbków)
- 200g ketchupu (zamiast niego użyłam koncentratu pomidorowego z odrobiną pieprzu i ziół prowansalskich)

Schab kroimy w cienkie plastry grubości ok. 1cm. Mięso skrapiamy octem (dosłownie odrobina: pół łyżeczki wystarczy). Ja użyłam octu jabłkowego. Czosnek przeciskamy przez praskę lub drobno siekamy i nacieramy nim plastry mięsa. Dodajemy miód w takiej ilości, by każdy plaster był nim obficie oblepiony. Nie dodajemy innych przypraw - mięso wędruje do lodówki na 2h, aby nabrało smaku. Potem układamy je na dnie naczynia do zapiekania (wraz z "sokiem" które puściło podczas marynowania się) i pieczemy ok. 30min w 200st. C. Wyjmujemy naczynie, odsuwamy na bok mięso i mieszamy "soki" z zalewy z ketchupem (koncentratem). Gdy sos jest jednolity solidnie maczamy w nim plastry mięsa i wstawiamy całość z powrotem do piecyka na 5 min.

Ja swoje mięso piekłam w szklanym naczyniu żaroodpornym, więc musiałam wstawić je do zimnego pieca. Plastry miałam cienkie, były miękkie po 25min od momentu nagrzania się pieca. Były pieczone pod przykryciem.

Mięso i sos są uniwersalne. Pasują do ziemniaków, kaszy, ryżu, nawet do makaronu. Robiłam je wczoraj po raz pierwszy i na pewno nie ostatni.

Przepis pochodzi z książki Ewy Aszkiewicz:


Na kuchnię polską miałam chrapkę od kilku lat. W końcu wypatrzyłam właśnie tę, ale dostałam ją pod choinkę nim zdążyłam ją kupić.

czwartek, 18 grudnia 2014

Pierniczki, które są miękkie od razu po upieczeniu

Podaję sprytny przepis na pierniczki, które nie muszą długo leżakować aby nabrać wilgoci i miękkości. Piekę je drugi rok z rzędu i jestem zadowolona.


Z przepisu wychodzą trochę ponad 3 blachy ciastek.

- 4 szkl. mąki
- 1,5 szkl. cukru pudru
- 2 łyżeczki cukru waniliowego
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1 przyprawa (40g) do piernika
- 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
- 2 łyżeczki kakao
- 2 łyżeczki sody
- 2 jajka
- 4 łyżki masła
- 4 łyżki miodu
- 4 łyżki mleka
- 2 opakowania drożdży "instant" lub 50g drożdży świeżych

Na lukier: 1 szkl. cukru pudru + 2-3 łyżki wody (cukier powinien tylko się rozpuścić i być bardzo gęsty)

Roztopić masło, dodać mleko, potem miód i drożdże. Wymieszać razem: mąkę, cukier puder, sodę i przyprawy. Wbić jajka i wlać drożdże z dodatkami. Wyrobić ciasto podsypując mąką, by odchodziło od ręki. Podzielić na 3 części i każdą rozwałkować na grubość ok. 0,5cm. Wykrawać ciastka foremką, piec na papierze w 180 st. C z termoobiegiem ok. 7-9 min do wyrośnięcia. Gdy ostygną posmarować lukrem.

WAŻNE:
- nie wolno ich rumienić (będą twarde)
- piec tylko do wyrośnięcia: im krócej, tym lepiej
- nie czekać zbyt długo z lukrowaniem - aby nie straciły miękkości trzeba je w miarę szybko schować do szczelnego pudełka

wtorek, 22 kwietnia 2014

Hell's Kitchen - Piekielne Rozczarowanie

Lubię programy kulinarne, w wersji show szczególnie. Piekielną kuchnię Gordona oglądałam z chęcią i byłam ciekawa co to będzie, kiedy ten program zostanie zrealizowany w Polsce. Najpierw był problem w poszukiwaniu "polskiego Gordona Ramseya". Co kogoś znaleziono, to później zmieniano. W efekcie kilka osób zyskało (przynajmniej na chwilę) to miano. Jakoś to ogarnięto i show ruszyło.

Źródło: Ipla
Prowadzącemu nie można odmówić zawodowego doświadczenia. Przyglądam się temu panu z zaciekawieniem, szczególnie że jakoś nie zaintrygował mnie program Top Chef. Obawiałam się, że ktoś jednak wymyśli którąś z pań Grycan lub Magdę Gessler (kuchenne rewolucję uwielbiam, ale z każdym sezonem i odcinkiem mam coraz większą ochotę wyrzucić laptop przez okno - jak można pomylić chamstwo z rewolucją?). Potem ogłoszono oficjalnie że poprowadzi to pan Gessler, jednak zrezygnował.

Obejrzałam dwa odcinki. Pierwszy to tragedia, aż smutno mi na koniec było. Prowadzący się miota i wścieka, bo nikt nic nie wie, nie umie, nie rozumie. Może zdał sobie sprawę, że kogoś z tych ludzi będzie musiał zatrudnić w swojej restauracji? Grzmiał "wynoś się do domu!", uczestnicy kolejno opuszczali kuchnię, a ja zastanawiał się czy faktycznie ich z programu wywala. A gdzie tam. Szli do "apartamentu".

Zastanawiam się skąd się ci ludzie w ogóle wzięli. Nie powiedziano wprost jak działał casting, zasugerowano jakieś filmiki, które mieli chętni nadsyłać. Jakby nie było żadnego przesiewu "na żywo" i przy garnkach. Jakby szukano ciekawych lub kontrowersyjnych indywidualności. I tak w jednym worku mamy takie osoby jak nienajmłodszy pan harleyowiec (przyciąga uwagę samym wyglądem), Adam: gotujący fryzjer znany i kojarzony z innych programów kulinarnych (i opolski bloger), jest też pan chamski, wulgarny krzykacz, który chyba nawet pichcić potrafi (ale po jego popisach nawet szklanki wody od niego bym nie przyjęła), mamy też zaręczoną parę (to dopiero ciekawostka - zakochanie w programie i w życiu w dodatku w przeciwnych drużynach! Tak, podział względem płci też mnie strasznie rozczarowuje). W męskiej drużynie jest również Włoch (obcokrajowcy mile widziani, zawsze to jakaś nowość, a my pokazujemy jak bardzo jesteśmy tolerancyjni i otwarci), mamy miłośnika akwarystyki, który do programu przyszedł ze swoją złotą rybką. Na pierwszy rzut oka połowa z panów powinna iść do domu uczyć się robić herbatę, a nie gotować w HK. 

Wśród kobiet jest tak samo. Mamy młodziutką licealistkę (dobrze, przyciągnie przed odbiorniki trochę nastolatków), panią restaurator, która chyba w życiu sama jajecznicy nie robiła, wspomnianą narzeczoną, modelkę XXL (jak show to show, gotować jak na razie nie umie, ale przynajmniej jest "ciekawą osobistością"), mamę, która w końcu "chce zrobić coś dla siebie", a nie tylko poświęcać się dzieciom (chwalebnie, Matki Polki też się może zainteresują oglądaniem HK). Wynika z tego trochę fochów, więc jest co oglądać (;/).

Pojawia się również Kurt Scheller (w sumie nie bardzo wiem po co, wchodzi na chwilę, mówi coś łamaną polszczyzną i pokazuje jak filetować rybę... ale nikt z nim tego nie robi, ludzie nie mają jak skorzystać z lekcji bo nie odbywa się ona w kuchni). Tylko, że to ważna postać (i co ważne - rozpoznawana w naszym kraju) więc warto ją pokazać. Warto też pokazać Saletę, który zrobił poranną rozgrzewkę. Ni z gruchy, ni z pietruchy, ale można pokazać napakowanego gościa. Oglądalność może skoczy. Albo wygraną drużynę zaprosić na widownię Tańca z Gwiazdami, gdzie dorośli panowie zachowują się jak 10-latkowie, którzy po raz pierwszy w życiu widzą koło siebie ładne kobiety i "gwiazdy tv". To było żenujące. Panie też traciły rozum podczas kolacji z "bogiem Amaro (tu następuje 'dziewczęcy' pisk coś jak na koncercie Biebera)".

 Patrzę w monitor laptopa i widzę 14 ludzi, wśród których prezentuje się na pierwszym miejscu głupota, jakiś brak dojrzałości. Jakby tylko się dało osoby odpowiedzialne za aranżację HK w Polsce pewnie wsadziłyby tam jako 15. uczestnika gadającą papugę, byle było większe SZOŁ. A gdzie kuchnia?

Do meritum: uczestnicy są tacy, jacy zostali wybrani. W dziwny sposób, ale jednak wybrani. Każdy chce mieć swoje 5 minut, niektórzy chcą się czegoś douczyć i liczą na otwarcie nowych drzwi w swoim życiu i karierze. Dlatego się zgłaszają. Jeśli później trafiają do HK i wyglądają jakby urwali się z choinki to tak naprawdę nie ich wina. Mogą nie wiedzieć na co się porywają (mimo, że HK już było za granicą) i przecież wysyłają zgłoszenia do ekspertów po to, aby się dowiedzieć czy mają umiejętności by startować w kulinarnym show. A tu zamiast umiejętności pod uwagę bierze się kontrowersyjną prezencję. Na koniec warto dorzucić kilka osób umiejących gotować - w końcu ktoś ten program musi wygrać. Żeby było zabawniej można uczestnikom kazać przygotować dania, których wykonanie mają spisane na papierku. Ale nigdy ich nie jedli, nigdy ich nie gotowali i nigdy nikt ich przy nich nie robił. A potem dziwić się i drzeć po nich, że nie odtworzyli ideału. Ciekawe czy zdolność czytania w myślach chefa była punktem obowiązkowym w zgłoszeniu. W sumie nie chcę się czepiać prowadzącego, bo pewnie on tylko dostosowuje się do producentów.

Jacy są uczestnicy? Tego nie wie nikt, bo telewizja pokaże to, co chce wykreować. I tak naprawdę to wszyscy oni mogą czuć się strasznie oszukani przez producentów. Ci, którzy zostali wzięci ze względu na swoją osobowość/prezencję dlatego, że robią z nich małpy w cyrku, a ci, którzy potrafią gotować i liczyli na HK jak w Ameryce czy Anglii dlatego, że polskie HK to regularne jaja. Profesjonalizm umarł, sama czuję się oszukana, współczuję uczestnikom i zastanawiam się na ile Amaro był świadomy w jakie bagno się pakuje.

Niebawem 3ci odcinek. Boję się go oglądać, żeby znów się nie zawieść.

środa, 11 grudnia 2013

Przytulny, ciepły, zimowy dom.

Chyba każdy człowiek o takim marzy. I najlepiej, żeby taki nastrój panował wg naszego widzimisię - co, jak, kiedy i gdzie. U mnie atmosfera zimowo-świąteczna co roku gości ze sporym wyprzedzeniem Wigilii. I jest mi z tym niezwykle dobrze. Taki ciepły dom to dla mnie mieszanka prostych rzeczy, które zorganizować może każdy - trzeba tylko troszkę chcieć.

Na początek można zadbać o zapach, podniebienie i dobrą zabawę. Nie ma to jak domowe wypieki.

Ciastka przypominające Bounty. Jeszcze ciepłe, prosto z blachy.

 Potem kruche maślane ciasteczka. Gwiazdki, dzwonki, kwiatki, ptaszki, księżyce. Niebawem dopiekę rogaliki z jabłkiem i cynamonem, pierniczki i jakieś ciasto.

Z owoców: koniecznie mandarynki i pomarańcze. Reszta to dodatek. Trafią jutro do fondue czekoladowego.

Słodkości smakują najlepiej, kiedy zmienia się wystrój. Zagnieździł się w różnych kątach domu. W kuchni na parapecie zagościły świeczniki, serwety, a kaktus zmienił osłonkę doniczki (na kubek z Empiku - nie polecam. Miałam dwa, obydwa strzeliły podczas parzenia herbaty).

Na kuchenny stół wdarł się prosty stroik ze świerku i gwiazd betlejemskich.

Do pokoju został dotachany żywy świerk, który już zmienił się w choinkę. U nas nie czeka się do Wigili, aby sprawić sobie drzewko. Jest pstrokate, kolorowe, błyszczące. 

Lubię ozdoby. I te słodkie czekoladowe "bombki", szyszki z modrzewi, świerków i sosen, które sama zbieram i ręcznie maluję na srebrno i złoto.

Cieszą mnie tradycyjne i te plastikowe, kiczowate elementy.

 Największe szyszki w brokacie znalazły swoje miejsce pod choinką.

Na przekór deszczowi za oknem zaczęłam paradować w nowych kolczykach - śnieżynkach.

Pojawił się też nowy zwyczaj. Z dwiema koleżankami robimy sobie mikołajki, idziemy do kawiarni. A potem cieszymy się jak dzieci z zawartości prezentów. A co jest w środku? W tym roku przygotowane przeze mnie paczuszki zawierały ręcznie malowane szyszki na choinkę, jakąś bombkę, cukierki, lizaki, domowe ciasteczka. Nic wyszukanego i zobowiązującego. Z założenia coś niedrogiego, od serca, coś "swojego". Proste rzeczy, które sprawiają, że się uśmiechasz.

I wierzcie, że się uśmiechnęłyśmy. :)

piątek, 15 listopada 2013

Domowe rogaliki do kawy i herbaty

Dziś coś na słodko - w zeszłym tygodniu okupowałam kuchnię przez ponad 3 godziny, aby przygotować domowe rogaliki. Są to przekąski czasochłonne, ale z talerzyków znikają od razu, więc warto poświęcić im trochę czasu. Ciasto robię mało słodkie, więc z powodzeniem może posłużyć do robienia rogalików ze słodkim nadzieniem, jak również do robienia pasztecików.


Ciasto na 32 rogaliki:
- 4 szkl. mąki
- 200g margaryny (+50g dodatkowo)
- 2 żółtka (+białka dodatkowo)
- 200g gęstej śmietany
- 50g świeżych drożdży lub 2x saszetka drożdży granulowanych (wybrałam II opcję, choć na świeżych wychodzą równie dobre)
- szczypta soli
- 1 duży cukier waniliowy
- 1 łyżka cukru pudru

Nadzienie:
Zrobiłam w dwóch wersjach (w razie potrzeby dosłodzić, powinno być wyraźnie słodkie):
- duży słoik drylowanych wiśni (min. ~360ml)
- mus jabłkowy (jabłka gotowane i przetarte na sicie) + rodzynki + cynamon
- inne opcje: mus z innych owoców lub dżem, kostka czekolady, twaróg albo dowolny farsz "na słono".

Dodatkowo:
- cukier kryształ
- 50g margaryny
- białka z 2 jajek

Z margaryny z całej kostki (250g) odłożyć 50g i stopić, ostudzić. Pozostałą margarynę siekać z przesianą mąką. Dodać żółtka, śmietanę (w temp. pokojowej), sól, cukier puder, cukier waniliowy i drożdże. Zagnieść ciasto, aż stanie się jednolite (wyrabiać możliwie krótko). Podzielić na 4 równe części i bez czekania aż wyrośnie kolejno każdą z nich rozwałkować na okrągły placek o grubości 3mm. Każdy pokroić promieniście na 8 części (jak szprychy w rowerze), aby otrzymać kształty przypominające trójkąty. Każdy trójkąt posmarować stopioną margaryną i wykładać po ok. 1 łyżeczce nadzienia na szeroki koniec. Zwijać w rulon od szerokiego do spiczastego końca. Zawinąć boki, aby ciastko przypominało rogalik. Każdy posmarować białkiem i obsypać z góry cukrem kryształtem. Na blachę wchodzi ok. 16 sztuk. Piec w 200st.C do lekkiego zrumienienia.

Rogaliki wychodzą "półkruche", ciocia od której mam przepis nazywała je "półfrancuskimi". Jeśli komuś nie zależy na mocno wyrośniętych rogalikach i lubi bardziej kruche przekąski można zmniejszyć ilość drożdży o połowę.

Najlepiej smakują z dobrą kawą, ewentualnie gorącą herbatą. Czasochłonne, ale proste w wykonaniu. Lepiej nie zawijać ich szczelnie po wystygnięciu - przechodzą wtedy wilgocią z nadzienia.

P.S.
Ja to mam szczęście. W poniedziałek wybrałam się do kina. Wyłączyli mi prąd. W kinie brakło prądu. Fajnie, nie?

wtorek, 8 października 2013

Zawsze udane ciasto z dodatkami (np. śliwkami)

Korzystam z tego, co sezonowe. Grzyby mam już ususzone, zamarynowane, zamrożone. Teraz dla odmiany pora na coś słodkiego: a skoro jesień, to śliwki! Dostałam ten przepis jako recepturę, którą trudno zepsuć. To ponoć "sprytne ciasto" i faktycznie nie zdarzyło mi się zepsuć go nawet, kiedy zaczynałam uczyć się piec.


Przepis nadaje się pod praktycznie każdy dodatek (owoce świeże, przetworzone, bakalie, ser, mak itd.). Przy wyborze śliwek ważne jest by podzielone śliwki kłaść skórką do dołu. Wtedy ciasto nie nasiąknie ich sokiem.

Składniki:
- 3/4 szkl. mąki ziemniaczanej
- 1,5 szkl. mąki pszennej tortowej
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 kostka margaryny (250g)
- 1 szkl. cukru 
- 5 jajek
- 1 cukier waniliowy
- dodatki (np. śliwki)

Mąki i proszek wymieszać razem i przesiać. Blaszkę wysmarować margaryną i wysypać bułką tartą. Pozostały tłuszcz rozpuścić. Przestudzony wlać do zwykłego cukru i powoli zmiksować mikserem wbijając po jednym jajku. Dodawać powoli łyżką przesiane mąki. Po uzyskaniu jednolitej masy wylać ją na blaszkę. Na wierzch wyłożyć dodatki. Śliwki posypać cukrem waniliowym. 

Piec ok. 45 min. w 200 st. C. Aby sprawdzić czy już się upiekło warto nakłuć je patyczkiem od szaszłyków między śliwkami.


 Polecam: to proste ciasto, bez ważenia produktów i przede wszystkim jest smaczne. Dobrze smakuje ze świeżymi winogronami, brzoskwiniami, nektarynkami, śliwkami, jabłkami itd. Zdjęcia tylko w blaszce, bo moje ciasto nadal nie ostygło :).


Smacznego :)

sobota, 14 września 2013

Jabłecznik z kaszą manną: ciasto bez wyrabiania ciasta

Jest jesień, najlepsza pora na jabłka. Ostatnio mojemu Mężczyźnie zachciało się szarlotki. Upiekłam jabłecznik, którego ciasto nie wymaga ani ucierania, ani miksowania, ani siekania. Ważnym składnikiem jest kasza manna. Jak dotąd żadna z niewtajemniczonych osób, które go jadły nie stwierdziła w nim obecności kaszy. ;)


Na małą blachę potrzeba (na dużą wszystko x2):
Produkty sypkie:
- 1 szkl. mąki pszennej (niekoniecznie tortowej, niekoniecznie przesianej)
- 1 szkl. cukru
- 1 szkl. kaszy manny błyskawicznej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 mały cukier waniliowy
Pozostałe:
- 1,5kg świeżych jabłek
- 1 kostka margaryny do pieczenia (250g)
- cynamon
- garść kaszy manny błyskawicznej


Suche produkty wsypać do miski i dokładnie wymieszać je łyżką.


Dobrze wysmarować margaryną blaszkę do pieczenia i wysypać ją garścią kaszy.


 Jabłka bez obierania ze skórki zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Jeśli mocno podchodzą sokiem - odlać nadmiar. Starte jabłka mają być wilgotne, nie ociekające. Czasem nie odlewam nic, ale ostatnio zlałam całą szklankę soku - zależnie od odmiany owoców.


Produkty sypkie podzielić na 3 równe części (tzn. na 3 szklanki). Pierwszą część wysypać w miarę równomiernie na spód blaszki.


Jabłka podzielić na dwie równe części. Pół rozłożyć w blaszce, lekko przygnieść palcami.


Drugą szklankę produktów wysypać na jabłka.


 
I znów pozostałe jabłka rozłożyć na suchych produktach.


Ostatnią szklankę suchych produktów wysypać na wierzch jabłek. W ten sposób otrzymujemy 3 warstwy "suchego" ciasta, przełożone dwoma warstwami jabłek.


Margarynę kroimy na 2mm plastry i gęsto układamy na wierzchu jabłecznika. Widok bardzo kaloryczny, ale konieczny - w piekarniku tłuszcz "sklei" ciasto do kupy.


Na koniec obficie posypujemy margarynę cynamonem. W trakcie pieczenia spłynie w różnych kierunkach i utworzy ciemne plamy na upieczonym cieście. O, takie jak te poniżej:


Tak wygląda ciasto po wyjęciu z piecyka. Generalnie pieczemy w 200 st. C (max 220 jeśli nam się spieszy). Zasada jest taka: ciasto jest upieczone, gdy jego góra jest mocno brązowa. Ile to trwa? Cóż, w jednym piecu piekłam niecałe 40 min. Teraz w nowym piecyku ponad godzinę. Lepiej kierować się kolorem niż zegarem.

Gorące ciasto jest w środku bardzo wilgotne: dopiero po ostygnięciu można je przykryć ściereczką, ale nie zawijamy go w żadną folię, aby mogło oddychać.

Przepis szczególnie polecam - wg mnie jest ciekawy i smaczny :)

czwartek, 5 września 2013

Była smaczna impreza. Też tu byłaś/eś? W końcu coś nowego + refleksja.

Pytanie z tytułu notki jest głównie dla ludzi mieszkających w pobliżu Opola. Poniżej prezentuję kilka refleksji związanych z V Festiwalem Opolskich Smaków. W jego organizację mocno zaangażowali się opolscy blogerzy. Całość odbyła się w ostatnią sobotę i niedzielę wakacji, przy czym najwięcej atrakcji było 31.08 - czyli w Dniu Blogera.

Materiały promocyjne (da się powiększyć)

To, że Polskę ogarnęło kulinarne szaleństwo wiadomo od kilku lat. Tego typu spotkań w Opolu w tym roku było już kilka, oczywiście o żadnym nie wiedziałam.

To, co mnie przyciągnęło na Festiwal to... blogerzy. Żadnej z osób nie kojarzyłam przed wejściem na Rynek. Korzystałam z blogerskich przepisów w kuchni i nie raz trafiłam na jakieś skandaliczne buble nie do przyrządzenia. Z drugiej strony jest rzesza ludzi, którzy wiedzą co i jak robić - postanowiłam sprawdzić to organoleptycznie.

Świetnym pomysłem było zaangażowanie grupy blogerów do przygotowania poczęstunku. Jedna mała porcja jakiegoś dania "kosztowała" napisanie jakiegoś swojego przepisu. Do wyboru było po kilka potraw z kuchni żydowskiej, litewskiej, rosyjskiej, francuskiej, włoskiej, meksykańskiej, tureckiej, hiszpańskiej. Zawędrowałam tam ze swoimi 6-cioma przepisami. Wszystko co jadłam było faktycznie smaczne, a serce podbiły mi rosyjskie bliny z serem, łososiem i szczypiorem oraz kulebiak (ciasto dość kruche z zapieczonym farszem z kapusty i in.). Drożdżówki z jagodami były nie gorsze. W międzyczasie mój Mężczyzna zachwycał się ratatouille (ratatoiillem?) z cukinią. Moja kulinarna ignorancja została zdeptana po spróbowaniu żydowskiego kawioru (sami zgadnijcie co to może być) - w sumie smaczne, choć wolę te składniki w innym wydaniu.

Więcej o imprezie tutaj. Pogooglujcie, blogerzy udostępniają przepisy na niektóre dania.

Stałam tak wcinając kulebiaka i zerkając na scenę, kiedy coś zaczęło mi się w głowie tłuc. Na scenę wszedł sympatycznie uśmiechający się mężczyzna, de facto bloger. Olśnienie przyszło po zapowiedzi prowadzącego imprezę. Mężczyzną okazał się Adam Czapski prowadzący tego bloga. Moja pamięć do twarzy jest zabójcza, wiem. Kojarzyłam go z tv - z pierwszej edycji MasterChef, przy czym po fakcie dowiedziałam się, że to nie jedyny program gdzie się produkował. Teraz przejrzałam blogi pozostałych uczestników tego festiwalu i w pełni dopiero teraz rozumiem  ich stres. Widać go było na ich stoiskach, ale trzymali się dzielnie i wydawali porcje z uśmiechem.
 
Lekko zirytowały mnie dwie panie w wieku, powiedzmy, starszym. Jedna chwaliła się drugiej jak jest przebiegła i wydrukowała sobie z internetu jeden przepis kilkadziesiąt razy, żeby wszystkiego popróbować. Druga próbowała wyżebrać od pierwszej kilka takich karteczek. Ze swej strony uznałam to za trochę dziecinne i jednak żałosne... mam nadzieję, że oszustwo na miarę 4-letniej dziewczynki zostało ukarane rozerwaniem pewnej części ciała (nie, nie żołądka).

A po co te przepisy? Mają zostać przeczytane, przejrzane i wybrane trafią do nowej książki kuchni opolskiej. I tu rodzi się moja wątpliwość...
Przepisy na blogerskich stoiskach trafiały do pudełeczek, dostawało się papu i tyle w kwestii wymiany.

Obok miała stoisko opolska biblioteka. Tam książki można było dostać albo za przepis, albo za opowiedzianą historię (np. o dzikich bananach, o tym co Tata lubi jeść). Tematyka głównie kulinarna, choć były i inne publikacje. Książki można było w ten sposób "kupić", lub wymienić za jakąś swoją. Zobaczyłam na stoisku Nastolatki gotują. Mam do niej ogromny sentyment - to stara publikacja, ale dla laika jak znalazł. Wszystko rozpisane jak krowie na rowie, ciężko coś popsuć. Od tej książki zaczynałam przygotowywać samodzielnie "cokolwiek" i wciąż leży na mojej półce (mimo starań Mamy by ją wyrzucić, skoro się rozpada).


Obok leżała książka o rybkach akwariowych, którą kiedyś miałam. Do rybek wracać nie planuję więc jej nie wzięłam. Za to wpadła mi w oko książka ze wspomnianej serii o roślinach, zwierzętach, a nawet grzybach. Kosztowała mnie "przepis na rybę po grecku".


I tu dochodzimy do sedna moich wątpliwości. Na stoisku bibliotekarskim przepisy wpisywało się w duży zeszyt. Na koniec zostałam poproszona o podanie swoich danych osobowych, nr tel. i podpisanie oświadczenia, że nie będę rościć sobie praw do przepisu. No to jak w końcu? Każdy przepis może trafić do książki, czy tyko te, które pochodzą od ludzi, którzy wypisali te dokumenty? Zastanawiam się, czy do książki nie trafią tylko te wybrane z wybranych. A może anonimowe przepisy będą uznane w książce za anonimowe?

Po festiwalu rozsiadłam się wygodnie w kawiarni i przeglądałam książkę. O ile ta o gotowaniu jest rewelacyjna, o tyle po przejrzeniu tej o zwierzętach oczy wyszły mi z orbit. Jest tam zalecenie trzymania zwierząt w małych klatkach, usypianie starych szczurków lekami nasennymi na własną rękę i jakieś chore ilości pożywienia. Ale zonk. Książka pochodzi z 1990 roku, tekst z 1988, więc to naprawdę nie są jakieś odległe, prehistoryczne czasy. Nie spodziewałam się najnowszych trendów, ale to... Żeby nie było - garść przydatnych informacji też jest. Ciekawe tylko czy laik by rozróżnił bzdury od tego co jest faktycznie zalecane.

Mimo to jestem ciekawa innych książek z tej serii - szczególnie o szydełkowaniu i szyciu.

W niedzielę atrakcji dla mnie było mniej. W ramach spaceru zdecydowaliśmy się zajrzeć na koncert zespołu Girls on Fire, który może kojarzycie z programu X-Factor. Fanką ani zespołu, ani programu nie jesteśmy. Może dlatego zwialiśmy w popłochu po 10 minutach "koncertu". Dziewczyny faktycznie się starały, przyjechały z jednym DJem, który puszczał im podkład, ale coś poszło bardzo nie tak i wyglądało to groteskowo. Jak na złość wokalistkom publiczność na początku koncertu liczyła może z 50 osób... 
Zaskoczeniem dla mnie było to, że stoiska ze smakołykami (normalne, nie blogerskie) zniknęły zupełnie nim zaczął się koncert "gwiazdy wieczoru". W dodatku zespół zaczął imprezę z ponad 20 min. opóźnieniem, a to rzecz może i standardowa, ale bardzo przeze mnie nie lubiana na koncertach.

W każdym razie... działo się działo! Aż żałuję, że tyle na raz, bo w międzyczasie w Opolu był jeszcze koncerty Ewy Farny, Kory, impreza w parku na wyspie Bolko i impreza na kąpielisku pod Opolem. Wystarczyłoby tego na zapewnienie atrakcji co niedzielę przez całe wakacje... a tak, rozdwoić się nie dało.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Wiosenna przystawka: terrina ze świeżymi warzywami.

Znalazłam przepis na nią w ubiegłym nr miesięcznika Olivia. Stąd pochodzi pomysł na tą przystawkę, którą ja zrobiłam na wielkanocne śniadanie. Sam przepis zmodyfikowany pod moje widzimisię, bo proporcje niektórych składników w oryginalne były wg mnie z kosmosu

Generalnie terrina wychodzi smaczna i wygląda bardzo apetycznie:


W tym przypadku to po prostu zmodyfikowana wersja twarożku ze świeżymi warzywami, podana w atrakcyjniejszej i nowej formie.

Na dużą porcję potrzeba:

- metalowej foremki do keksu lub innego długiego, wąskiego pudełka (prostokątnego w zarysie)
- 250 g twarogu (użyłam chudego)
- 250 ml śmietanki 30%
- pęczek szczypiorku
- pół pęczka koperku
- 2 ząbki czosnku
- 1 paprykę czerwoną
- 1 długi ogórek
- pęczek rzodkiewek
- sól, pieprz do smaku
- 3 łyżeczki żelatyny

Wykonanie:

Śmietanę ubić. Twaróg 2x zmielić (ja przecisnęłam raz przez gęste metalowe sito bez używania maszynki). Śmietanę i twaróg połączyć. 

Nieobrany ogórek "skrobać" obieraczką do jarzyn. Muszą powstać z niego długie, cienkie wstęgi. po dojechaniu do miąższu z pestkami odwrócić ogórek i obierać go tak samo z drugiej strony. W ten sposób ścinamy mniej więcej połowę objętości ogórka. Powstałe wstążki osolić i zostawić aby zmiękły. 

Resztę miąższu z ogórka kroić w kostkę i dodać do sera. Drobno pokroić/posiekać inne warzywa, dodać do masy. Doprawić solą i pieprzem. 

Żelatynę rozpuścić w 1/4 szkl. gorącej wody. Dodać powoli do masy serowej i intensywnie wymieszać łyżką.

Odsączyć wstążki z ogórka. Formę do keksu wyłożyć folią aluminiową. Na foli ułożyć dachówkowato wstążki z ogórka, tak by od boku do boku formy ją szczelnie wyłożyły i na siebie zachodziły. Na nie wylać tężejącą terrinę. Mocno uklepać ją łyżką. Jeśli wstążki z ogorka wystają poza formę zagiąć je i przykryć terrinę od góry. 

Wstawić do lodówki, żeby stężała. Wyciągnąć z formy, odwrócić "do góry nogami" i kroić ostrym nożem na grube plastry. 

Smacznego!


P.S. 
Tak naprawdę nieważne jakie warzywa dodamy. Papryka jest b. aromatyczna, więc można dodać jej mniej. Jeśli nie lubicie sztywnych galaret, to dodajcie mniej żelatyny, bo moja wyszła bardzo twarda. Warzyw jest tu b. dużo, ale masa serowa ładnie je wchłania i potem się w niej gubią. Zamiast czosnku można dodać chrzan. Z warzyw można dorzucić por, dymkę, pomidory i wszystko to co dusza zapragnie.



niedziela, 17 marca 2013

Siekane kotlety drobiowe z białą kapustą

W sklepie uśmiechała się do mnie pięciokilogramowa główka kapusty. Efekt: zrobiony Colesław, kapusta zasmażana w słoikach i kotlety z kapustą, a niecała połówka (jeszcze) zalega w lodówce.

Kotlety siekane z kapustą stanowią alternatywę dla kotletów z mięs mielonych, przy czym wychodzą bardziej mięsne i zwięzłe oraz mniej tłuste niż te klasyczne.

Składniki (na około 8 kotletów):
- 1 pojedyncza pierś z kurczaka
- 0,5 kg białej kapusty
- 1 średnia cebula
- 1 jajko
- 3 łyżki kaszy manny (błyskawicznej)
- 2 łyżki sosu sojowego
- pieprz, sól
- bułka tarta

Z mięsa odciąć zbędny tłuszcz i ewentualne kostki. Posiekać drobno nożem. Kapustę zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Sparzyć wrzątkiem, odcedzić i lekko wygnieść. Cebulę zetrzeć jak kapustę. Połączyć składniki, dodać do nich jajko, kaszę mannę (wchłonie soki z warzyw i zagęści masę), sos sojowy, sól i pieprz do smaku. Wymieszać i odstawić do lodówki na godzinę.

Masa jest bardzo mokra, troszkę można próbować jeszcze ją wygnieść, ale przy smażeniu wilgoć ładnie odparowuje (olej nie pryska). Formować kotlety i obtaczać w bułce tartej. Smażyć na patelni pokrytej olejem aż się zezłocą.


Smakują delikatnie, a do dobrego smaku nie potrzebują specjalnych przypraw. Mięso drobiowe często u mnie gości i można z niego w prosty sposób wyczarować smaczne posiłki :). Przy następnej drobiowej okazji pojawi się przepis na pierś kurczaka po szkocku. 

To za jakiś czas, bo dziś doprowadziłam swoją bransoletkę z charmsami do reprezentatywnego stanu, więc też się tu pojawi. ;)

poniedziałek, 11 marca 2013

Biszkopt z serem i kokosem

Poniżej podaję przepis na "biszkopt zawsze udany" z serem (na zimno) i pieczonym kokosem a la bounty na górze. Miała być zebra, ale w domu mama przez pomyłkę kupiła nie ten ser co chciała i dostałam go w spadku. 

Biszkopt:
- 7 jaj
- 7 łyżek cukru
- 7 łyżek mąki
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia.
- 1/2 szklanki naparu z kawy

Jaja ubić mikserem na pianę (długo i na wysokich obrotach, ale niekoniecznie na sztywną jak koci ogon) dosypując stopniowo cukier. Proszek do pieczenia dosypać do mąki, wymieszać. Dodawać stopniowo do piany (przesypując przez sito) i mieszać drewnianą łyżką "góra - dół". Pianę wylać na blachę z piekarnika pokrytą papierem do pieczenia. Wstawić do nagrzanego piekarnika do 180 st. C i piec około 18-20 min.
Wystudzony biszkopt ściągnąć z papieru i nasączyć naparem z kawy.

Ser:
- 1 kg sera waniliowego (w wiaderku, z przeznaczeniem do sernika na zimno)
- 1 szklanka rodzynek
- 2 łyżeczki żelatyny
- jeśli ser nie jest "waniliowy" można dodać 1 cukier waniliowy

Ser wyjąć z lodówki by nabrał pokojowej temperatury. Żelatynę rozpuścić w 1/4 szklanki gorącej wody. Wlać do sera i wsypać rodzynki (+ ewentualny cukier waniliowy). Wymieszać wszystko łyżką. Rozłożyć warstwą na biszkopcie.

Kokos:
- 200 g wiórków kokosowych
- 6 białek jaj
- 1 szklanka cukru
- kawałek margaryny (tłuszczu)

Ubić białka na sztywną pianę mikserem. Stopniowo dodać cukier miksując. Wsypać wiórki kokosowe i delikatnie wymieszać łyżką. Blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia i mocno posmarować margaryną (kokos lubi przywrzeć do papieru). Piec w 180 st. C około 20 min. Wystudzony oderwać od papieru i przykryć nim ser na biszkopcie. 
Kokos lubi pęknąć i rozlecieć się na 2-3 kawałki. Można to spokojnie zamaskować polewą.

Polewa:
- 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
- 1 łyżka margaryny/masła

W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę. Dodać margarynę (kiedy polewa stężeje nie będzie zbyt twarda). Dokładnie wymieszać. Polać wierzch ciasta w fantazyjne "mazy" - przy okazji zakamuflować ewentualne pęknięcia kokosu.


Wstawić do lodówki, by ser i polewa stężały (a tężeją dość szybko). I smacznego!

W oryginalnym przepisie zamiast sera używa się kremu na bazie budyniu. Tu chodziło o zużycie już kupionego serka - to połączenie też zdało egzamin.

Zawsze gdy jadę do domu w odwiedziny staram się wykorzystać fakt, że jest tam piekarnik. A tego sprzętu strasznie brakuje mi na co dzień u siebie.

poniedziałek, 4 marca 2013

Kruche faworki

Dziś będzie na słodko. W zeszły weekend trwała produkcja chrustu. Zdjęcie zrobione na szybko, bo potem "to był moment i nie było już niczego". Wyszły wybitnie kruche, cienkie i pełne pęcherzy powietrza. Warto robić je we dwoje - to dobra zabawa, którą można sprawniej pokierować niż w pojedynkę. Oczywiście nie oznacza to, że ciastka nie udadzą się gdy robimy je sami.

Składniki:
- 2 szklanki mąki (nawet trochę więcej)
- 3 żółtka
- 1 całe jajko
- 4 łyżeczki wódki (lub dwie łyżeczki spirytusu)
- 1 łyżeczka octu
- 3 łyżki gęstej śmietany
- cukier puder do posypania
- 1 litr oleju (tyle się go "zużywa")

Nie dodajemy cukru do masy, bo ciasto może się przypalać. Nie dajemy proszku do pieczenia (bo to w przypadku faworków zbrodnia).

Z tego przepisu wyszło mi tyle ciastek (ponad 4 talerze obiadowe):


Z 1 i 1/5 szklanki przesianej mąki, żółtek, jajka, wódki/spirytusu, octu i śmietany wyrobić ręką ciasto. W miarę mieszania dodawać pozostałą mąkę, tak by ciasto było sprężyste i nieklejące. Czasem potrzeba więcej niż 2 szklanki mąki. Ważne by wyrabiać je jak najdłużej. 20 minut to absolutne minimum. Sporo osób "tłucze" ciasto wałkiem - ja nie, ale jeśli ktoś chce się wyżyć to czemu nie ;). 
Obite/wyrobione ciasto podzielić na 3-4 części. Każdą kolejno rozwałkowywać cieniutko i podsypywać obficie mąką. Im wałkowane cieniej tym lepiej - nie da się przesadzić, no chyba że już dziury wylecą. Kroić nożykiem na tasiemki - szerokość i długość wg własnych preferencji. Ja jeszcze po wycięciu lekko naciągam je palcami, by były jeszcze cieńsze. Przy niewielkim rondlu z litrem oleju dobrze smaży się niezbyt długie. Z drugiej strony im faworek dłuższy, tym szykowniejszy. Tasiemki naciąć w środku, przewinąć przez otwór jeden koniec faworka. Smażyć krótko, po 1-2 minuty z każdej strony po kilka sztuk aż się ze złocą. Odsączyć na papierowym ręczniku. Obficie posypywać cukrem pudrem.

Jeśli robi się to w dwie osoby, to optymalnie jest gdy jedna wałkuje i kroi, a druga smaży. W pojedynkę łatwo się zagapić i zamiast złotych, mamy brązowe faworki. Generalnie też są jadalne, ale już nie tak smaczne. Dlatego warto najpierw naszykować sobie wszystkie faworki do smażenia, a dopiero później to robić. Ciasto trzeba pilnować aby nie wyschło przed "zawijaniem" faworków, bo wtedy łatwo je porwać. Faworki czekające na smażenie mogą już obeschnąć - nie zaszkodzi im to.

Jeśli faworki mają postać dłużej niż jeden dzień warto część schować do szczelnych plastikowych pojemniczków - nie stracą na kruchości i nie zawilgną.

To proste i bardzo smaczne ciastka. Na moim stole goszczą nie tylko w czwartkowe święto.

sobota, 23 lutego 2013

Pizza z patelni na dzień dobry

Niech od początku będzie tu prosto, smacznie i przyjemnie - dlatego w ramach "dzień dobry" przepis na pizzę z patelni.

W związku z nieposiadaniem piekarnika (nad czym wybitnie ubolewam od dłuższego czasu) szukam alternatywnych metod na wykonanie dań, które powinno się w nim robić. 

Doceniam użyteczność Internetu i po przebiciu się przez wiele mniej lub bardziej absurdalnych przepisów znalazłam kilka, które skleciłam w jeden i trochę zmodyfikowałam. Pizza działa. W praktyce jest ona smażona i duszona, ale nie ma wielkiej różnicy między nią, a tą z piecyka.

Z tego przepisu wychodzą dwie pizze o średnicy ok. 25 cm na cienkim spodzie = dla dwóch osób.

Ciasto (bez jaj!):
- 1 i 1/3 szklanki mąki
- 1/2 łyżeczki cukru
- 15 g świeżych drożdży
- 1/2 łyżeczki oleju
- około 1/2 szklanki ciepłej wody

Dodatki: 
koncentrat pomidorowy, ser, wędlina, papryka, cebula... co kto lubi.

(Mocny) sos czosnkowy (którego używam na okrągło, nie tylko do pizzy)
- mały jogurt naturalny
- łyżeczka majonezu
- starty duży ząbek czosnku
- szczypta bazylii i oregano
- magi (do smaku, bez niej sos nie jest taki dobry)

Do połowy przesianej mąki dodać rozdrobnione w palcach drożdże, cukier i wodę. Wyrobić ręką zaczyn - odstawić na kwadrans. 
Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę przesianej mąki i olej. Wyrobić ciasto na gładką, nielepiącą się masę. Podzielić na pół. Każdą połówkę rozwałkować do wielkości patelni (25cm), nie żałując mąki do podsypywania. Placki ciasta zostawić na godzinę do wyrośnięcia w ciepłym miejscu, przykryć ściereczką. Jeśli zostawiamy je na talerzu/blacie, warto mocno obsypać go mąką - ciasto lubi przykleić się w ciągu tej godziny. Można tego uniknąć układając je np. na kratce z piekarnika.
 Patelnię przesmarować papierkiem nasączonym olejem. Placek smażyć na małym ogniu, aż spód się zezłoci. przewrócić na drugą stronę, posmarować koncentratem pomidorowym i układać dodatki. Przykryć pokrywką i dusić, aż ser się ładnie roztopi. Kiedy spód pizzy będzie złoty - posiłek jest gotowy.

 Zdjęcia: od surowego placka drożdżowego do gotowej pizzy

Generalnie pizzę na patelni można zrobić nawet w 10 minut. Ciasto nie wysusza się - można to kontrolować przystawiając pizzę pokrywką i zmniejszając płomień. 
Ja robię ją na cienkim cieście, bo takie mi odpowiada. Ponoć ze szklanki mąki wychodzi jedna na bardzo puszystym cieście, ale z nią nie eksperymentowałam.
Jeśli ciasta jest za dużo, można je spokojnie uformować w kulkę i schować do lodówki - na drugi dzień będzie jak znalazł. Przepis sam w sobie mało odkrywczy, ale patent w wersji "z patelni" jest godny polecenia.

Poza pizzami, na jutro szykuje się smażenie faworków (co z tego, że już tłusty czwartek minął). Może pojawią się tu na blogu, o ile jakieś zdążę sfotografować. W trakcie tworzenia jest też bransoletka z charmsami. Tworzą się też kolczyki, które jeszcze w Internecie nie krążyły. Przez to, że Mika wystawiła już recenzję książce pt. "Chłopcy" J. Ćwieka muszę zgrabnie omijać jej uwagi, żeby z czystym umysłem doczytać ją do końca. To pewnie też zaowocuje krótkim opisem tej pozycji u mnie. Jest też kilka kosmetyków, z którymi wybitnie się zaprzyjaźniłam i nabrałam ochoty napisania o nich dwóch słów po tym jak zobaczyłam zgrabne recenzje innych produktów u Anne.

Zobaczymy, co tu się z tego bałaganu wyłoni następnym razem.