Strona główna

wtorek, 7 maja 2013

Wyróżnienie Liebster Blog Award - odpowiadam i nominuję! :)

Zostałam nominowana przez A Cup of Jasmin Tea. Dzięki wielkie! :)



Na czym polega wyróżnienie “Liebster Blog”?

,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów  więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”


A Cup of Jasmin Tea zadała poniższe pytania + moje odpowiedzi:

1. Ulubiony dzien tygodnia?
Sobota. To zazwyczaj mój najbardziej leniwy dzień, kiedy najwięcej czasu mogę poświęcić przyjemnościom.
2. Jak dlugo prowadzic bloga?
Niedługo. Od lutego tego roku (2 miesiące).
3. Trzy rzeczy, ktore zabralabys na bezludna wyspe?
Scyzoryk, sznur, 1000 krzyżówek panoramicznych.
4. Pies czy kot?
Kot. Chodzi swoimi drogami. Ostatnio psy znajomych dają mi popalić, bo właściciele nie wiedzą jak je szkolić i ułożyć. Posiadanie czworonogów zrobiło się modne.
5. Czy masz na jakims punkcie obsesje?
Obsesję może to za dużo powiedziane, ale na pewno wiele uwagi przykuwa mi wszystko, co z przyrodą związane.
6. Ulubiony sklep?
Brak.
7. Lato czy zima?
Lato. Najlepiej ciepłe, ale nieupalne.
8. Na co wydajesz najwiecej pieniedzy?
Na rachunki :D. Tzn. te związane z mieszkaniem i opatrzone etykietką "na życie".
9. Jak sie relaksujesz?
Idę na spacer, na grzyby/jagody/ryby, gotuję, czytam książki, słucham muzyki, szkicuję, oglądam filmy, wychodzę do herbaciarni lub kawiarni, do kina, na koncert... dużo tego.
10. Wymarzone miejsce na wakacje?
Gdziekolwiek w kameralnym pensjonacie z basenem, przy piaszczystej plaży i ciepłym morzu. A w Polsce... chyba każde miejsce, które zasługuje na miano "odludzia".
11. O czym marzysz?
O pełnym zdrowiu w rodzinie, zupełnej samodzielności rozumianej jako stabilizacja, zwierzaku w domu (świnka morska, szczurek, akwarium?) i podjęciu pracy w zawodzie nauczyciela. Sporo innych marzeń już się dokonało :).
A oto moje pytania do osób które nominuję:

1. Dlaczego blog, a nie forum, portal, na którym ukazują się recenzje lub samodzielna strona www?
2. Dostajesz dwa bony: jeden o wartości 10 zł, drugi 300 zł. Możesz zrealizować je w dowolnym sklepie. Jeden warunek: 1 bon = 1 kupiony przedmiot, bez zwrotu reszty pieniędzy. Co kupujesz?
3. Twoje plany na najbliższe wakacje?
4. Coś co zawsze chciałaś mieć (być), a nigdy tego nie miałaś i nie zanosi się, że to dostaniesz?
5. W mojej torebce zawsze jest...
6. Dostajesz 1500 zł. Wolisz dostać całą kwotę od razu, czy podzieloną na 10 miesięcznych rat?
7. Coś, co umiem samodzielnie świetnie przygotować/zrobić to...
8. Wybierz dowolny kraj/miejsce na świecie, gdzie chciałabyś spędzić resztę życia.
9. Co jest Twoim impulsem do działania?
10. Masz do wyboru: domek z ogrodem na wsi, czy apartamentowiec w wieżowcu w wielkim mieście?
11. Zakończmy optymistycznie: co w sobie lubisz?


Wybrałam specjalnie blogi, które nie mają setek obserwatorów (w końcu taka jest idea tej zabawy ;)).  Polecam je odwiedzić. 
Nominuję do Liebster Blog Award blogi:

Gratuluję i zachęcam do zabawy!

niedziela, 5 maja 2013

Wydatki za kwiecień. Ile się tego mogło uzbierać?

Zamiast zbierać denka postanowiłam kontrolować swoje zakupy dobitniej podsumowując dokładnie miesięczne wydatki kosmetyczne. Poza tym chcę mieć pewność, że blogowanie nie ma wpływu na ewentualny wzrost wydatków na zbędne gadżety. W kwietniu nie kupiłam niczego, co byłoby mi nieprzydatne. Większość kosmetyków/akcesoriów to niezbędniki. Kilka z nich było kupionych na zapas, też się nie zmarnują.

Jaką dziurę w moim portfelu wyżarły moje kosmetyczne zabawy w kwietniu?


Nim to podliczę, napiszę jeszcze tylko, że jako bonus pod koniec kwietnia się rozchorowałam, czego efektem jest permanentne przesuszenie skóry, która wygląda jak u staruszki. Nie wiem ile mi zejdzie, aby ją doprowadzić do stanu używalności. W każdym razie nie mogę nadal używać kremów, balsamów, peelingów... więc te kwietniowe wystarczą mi zdecydowanie na dłużej.

A oto i podsumowanie wydatków:


Dokładnie: 105,65 zł / kwiecień 2013

 Dużo, mało? Nie wiem, raczej nie mało. Widok pieniędzy choćby na zdjęciu bardziej przemawia do rozsądku niż zapis sumy wydatków.

Założenie na maj: wydatki zakończyć poniżej 100 zł. Myślę, że wykonalne będzie oscylowanie bliżej kwoty 50 zł, niż 100 zł. Wydatków koniecznych będzie niewiele, za to planuję sprawić sobie coś dla przyjemności do paznokci.


Jestem na razie skazana na siedzenie w domu, więc omija mnie wiosenna pobudka natury, którą co roku lubię obserwować. Na pociechę dorzucam zdjęcie łąki pełnej zawilców. Fotka sprzed dwóch lat z majówki w Kampinoskim Parku Narodowym.

A jak Wasz wydatki? :)

piątek, 3 maja 2013

Wszyscy mają sondę - mam i ja! Pazurki :)

Długo zastanawiałam się czy taki bajer jest mi potrzebny. Jako tako radziłam sobie wykałaczką, ale im dłużej patrzę jak można fajnie bawić się sondą, tym bardziej ją chcę mieć. Tak oto zamówiłam na Allegro sondę (z przesyłką 8 zł, do wyboru kilka rodzai) i zaczęłam się bawić.

Dziś występują:


U góry: 
- niebieska sonda :)
Od lewej:
- Joko Calcium żel, regeneracja kruchych paznokci (jako baza)
- Sally Hansen Insta Dri Top Coat, wysuszacz i utrwalacz (22 zł z przesyłką z Allegro - mój świeży nabytek. Użyty raz, ale już mnie zachwycił)
- Lovely, Color Mania, nr bliżej nieokreślony, taka "złota pomarańcza" (małe kropeczki)
- Wibo, Express growth, czerwień ze startym nr (duże kropki)
- Classics nr 146 (tło)


Sonda jest faktycznie wygodna. Mała i duża kulka pozwalają zróżnicować wielkość robionych kropek. Na razie zauważyłam, że dużą różnicę w wielkości powstających plamek robi też siła, z jaką przykładamy sondę do paznokci i ilość lakieru który wylejemy na papierek, a potem nabierzemy na nią.


Nie wyobrażam robienia sobie takich paznokci bez tego wysuszacza. Kropki na kropkach są grube, aż wypukłe. Nie wiem ile godzin by to schło bez niego.


Na dzień dobry postawiłam na prosty wzór. Kropki w kropkach. Jestem niesamowicie zła, bo aparat w żadnym możliwym oświetleniu nie umiał ładnie złapać pomarańczowych kropeczek, które tu zlewają się z czerwonymi obwódkami. W rzeczywistości ładnie się mienią.


Na dzień dobry musiałam spróbować opanować drżenie rąk. Przez nie wyszło kilka mazów. Jeszcze nabiorę wprawy :).


Nienawidzę odsuwania skórek. Są grube, wielkie i irytujące. Moja ostatnia walka skończyła się średnim efektem. Skapitulowałam i z domowych sposobów przerzucę się na preparat od Sally Hansen.


I takie to kropeczki. Pożyjemy, zobaczymy ile utrzymają się na paznokciach. Lubię błyszczące lakiery, ale do zdobień lepsze są spokojniejsze kolory. Czas w nie zainwestować ;).

środa, 1 maja 2013

Robocop wśród tuszy do rzęs od Essence: All eyes on me

Przeszło pół roku temu wpadłam do Astora w poszukiwaniu taniego tuszu, który zapchałby tymczasową dziurę w mojej kosmetyczce. Pozostaję wierna wydłużającemu tuszowi z Avon, ale potrzebowałam jakiegokolwiek tuszu na kilka użyć, kiedy jeden dobry się skończył, a nowy zamówiony jeszcze nie przyszedł.

Wybór był dość przypadkowy. Tusz miał być tani, czarny, niewodoodporny i najlepiej wydłużać rzęsy. Padło na All eyes on me, multi effect mascara od Essence w kolorze 01 soft black. Zapłaciłam za niego raptem ok. 8 zł. Ma pojemność 8 ml.


Pierwsze, co rzuca się w oczy to grube opakowanie. Na zdjęciu nie ma dobrego odniesienia, ale jest 2x szersze od standardowych tuszy, które używam. Jest za to trochę krótsze. Spodobały mi się szare zdobienia z bąbelkami.


 Opis od producenta po prostu zniewala. Robocop, to mało powiedziane, bo ten tusz ma: zwiększać objętość, wydłużać, podkręcać, pogrubiać i rozdzielać rzęsy. Jeszcze nie spotkałam się z takim tuszem, który by tyle zadań miał spełniać. W każdym razie po cenie (de facto najtańszy tusz w sklepie) do tych obietnic podeszłam z przymrużeniem oka.


Szczoteczka jest klasyczną spiralą ze sztywnych włosków. Jest średniej długości. Sama szczota spełnia swoje zadanie dobrze i jest poręczna. Nie mogę powiedzieć tego o zakrętce-uchwycie, która przez swoją nadnaturalną szerokość źle leżała w mojej dłoni. Mimo to większej krzywdy mi nie zrobiła. Efekt poniżej.


Tak wygląda oko po ok. 4-5 godzinach od wykonania makijażu. Tusz troszeczkę zdążył się wykruszyć, ale rzęsy nadal wyglądają dobrze. Generalnie można w nim przeżyć cały dzień bez poprawek. Rzęsy są lekko pogrubione i podkręcone. Zdarzało się, że tusz zostawił kilka grudek, albo skleił kilka rzęs. Nic ekstremalnego, bo szło to łatwo skorygować lub nawet zostawić, jeśli nie rzucało się w oczy. Jedyne co mnie zirytowało, to kilka razy odbił mi się na powiekach. Zaczęłam delikatniej (= mniej) go nakładać i zaczął współpracować. Tak jak pisałam, do obietnic producenta trzeba podejść z dystansem, bo stworzył może i tuszowego robocopa, ale wystrzałowy to on nie jest.

Poza tym chciałabym zauważyć, że makijaż ze zdjęcia (bo to był makijaż, nie moja wina że sam z siebie zniknął) był wykonany tymże tuszem oraz cieniami Rimmel GlamEyes (recenzja). Jak widać tusz ma się od nich znacznie lepiej. Jasny cień jakoś trzyma się w kąciku oka, szary zupełnie spadł z ruchomej powieki, a kreska wzdłuż rzęs z czarnego jest już prawie niewidoczna. Tragedia.

Wracając do tuszu od Essence:
Plusy:
+ jakościowo średniak, ale i tak wart więcej niż te 8 zł
+ podkręca, pogrubia, wydłuża rzęsy
+ łatwo dostępny w stacjonarnych drogeriach
+ 4 wersje (czarny, brązowy, fioletowy, zielony)

Wady:
- nie rozdziela rzęs, lecz lekko je skleja
- może zostawić grudki
- odbija się na powiekach

Mimo wszystko polubiłam go, bo stosunek jakość/cena jest dobry. Powoli go wykańczam. Czy jeszcze raz go kupię? Jeśli musiałabym bardziej przyciąć wydatki na tusze, albo znów potrzebowałabym jakiegoś tuszu w oczekiwaniu na paczkę z moim ulubionym, to jak najbardziej.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Opalanie z kawowym balsamem brązującym Lirene

Idzie majówka, idzie wesele. Jest motywacja, żeby odróżniać się kolorem od ścian sali weselnej. Słowem wstępu powiem, że próbowałam kilku różnych balsamów brązujących, ale efekty na mojej bladej cerze zawsze wychodziły koszmarne już po jednym użyciu.


Przeczytałam o balsamie, który wygrał na wizażu konkurs. I tak oto kupiłam balsam brązująco-ujędrniający Lirene z kompleksem Slim i olejem z karotki. Wybrałam wersję Cafe Latte, czyli opcję dla jasnej karnacji. Za 250 ml produktu zapłaciłam w Astorze 13,70 zł. Generalnie można go znaleźć w każdej drogerii.


 Opakowanie jest zgrabne, dobrze leży w dłoni. Samo otwarcie jest tak wyprofilowane, że nie połamałam sobie o nie paznokci. 250 ml wystarczyło mi na 3 tyg. stosowania na całe ciało.

 Producent wiele obiecuje. Ma być letnia, niesztuczna opalenizna, wyszczuplanie i ujędrnianie. A do tego rozkosz z aromatu kawowego deseru.


 A skład ma się następująco:
Aqua, Paraffinum Liquidum, Ceteareth-20, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Dihydroxyacetone, Glyceryl Stearate SE, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Panthenol, Citric Acid, Allantoin, Tocopheryl Acetate, Glycin Soya (Soybean) Oil, Ilex Paraguariensis Leaf Extract, Butylene Glycol, Coffea Arabica Seed Extract, PEG-60 Almond Glycerides, Cetyl Hydroxyethylcellulose, Beta-Carotene, Daucus Carota Saliva (Carrot) Extract, Tocopherol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Parfum.


Po otwarciu pierwsze co uderza to zapach. W pierwszy dzień byłam zachwycona. Cudowny aromat, może nie kawy, ale deseru kawowego. W dodatku zapach po aplikacji wieczorem był bardzo wyraźny również rano na skórze. Potem zaczęły się schody. Piżama po 3 aplikacjach przesiąkła tym aromatem, a mnie dwa razy zemdliło. Potem jakoś przyzwyczaiłam się do zapachu, ale osobne ubranie po nim to obowiązek. Zalecana jest aplikacja 2x dziennie, ale nie wiem jak miałabym wytrzymać takie stężenie aromatu. Zrezygnowałam przy nim ze wszystkich pachnideł - od aromatycznego żelu pod prysznic, aż po perfumy.

Konsystencja jest dość rzadka. Na rękę wylałam dwie duże krople, ale zanim zdążyłam zrobić zdjęcie zdążyły się zlać w jedną plamę. Trochę ucieka z ręki, ale za to nieźle się rozprowadza.

Po 3cim dniu (3 aplikacji) skóra wyraźnie zmieniła kolor. Zupełnie blada skóra pociemniała delikatnie, a ta która już miała trochę zeszłorocznej opalenizny pociemniała mocniej. Kolor nie jest sztuczny ani marchewkowy. Potem używałam go co drugi dzień dla podtrzymania efektu, a kolor jeszcze trochę sciemniał.

Bałam się tego balsamu bardzo, ale szybko okazało się, że nie zrobi mi krzywdy. Nie wyszły mi żadne mazy, ani przebarwienia. Bieli ciało niemiłosiernie. Efekt znika w chwili wchłonięcia balsamu. To w sumie może być zaleta. Kiedy zaczęłam go obficie stosować, rozprowadzałam go mniej-więcej równomiernie, a potem wracałam do miejsc, które nadal były białe i ponownie go tam rozcierałam. Opalenizna wyszła równomierna.

Wyjechałam z domu na kilka dni i przez 4 dni go nie używałam. Wróciłam blada, niemal tak jak przed zaczęciem stosowania. Efekt jest bardzo nietrwały. Może bym to przełknęła, gdyby nie to że chyba nie chcę 24h/dobę pachnieć tym kosmetykiem.

Za to bonusem jest to, że on faktycznie ujędrnia. Nie wiem ile w tym udziału ma masaż, który robi się mimochodem przy jego wcieraniu, ale zobaczyłam wymierne efekty. Skóra jest po nim elastyczna, gładka, miękka i ogólnie przestaje być sflaczała.

Plusy:
+ równomierna, delikatna i naturalna opalenizna
+ efekt ujędrnienia i poprawy kondycji skóry
+ wygodne opakowanie
+ niedrogi
+ powszechnie dostępny

Wady:
- zapach! Dla wielu może być nie do przejścia :/
- opalenizna schodzi w 4 dni

To naprawdę dobry kosmetyk, ale przez ten deser kawowy już go raczej nie wezmę. Wykończę ten, aby podtrzymać opaleniznę przed weselem. Zaryzykowałabym jego wersję Mocha dla ciemnej karnacji z nadzieją, że będzie można go rzadziej stosować. Przy czym musiałabym mieć okazję ku temu aby bardzo mi zależało na opaleniźnie, którą trudno mi zdobyć na zwykłym słońcu. W innym wypadku wracam do kawy tylko w wersji do picia.