Strona główna

środa, 10 kwietnia 2013

Trzy imprezy w Opolu w najbliższe dni!

Dziś zobaczyłam na słupie ogłoszeniowym już częściowo zaklejony plakat informujący o XXXX Jubileuszowej Wystawie i Giełdzie Minerałów, Skał, Skamieniałości i Wyrobów Jubilerskich – 13-14.04.2013 r. – OPOLE – Hala OKRĄGLAK


Jestem stałą bywalczynią takich imprez i na pewno tam będę, zwłaszcza, że podobna impreza ominęła mnie tej zimowej wiosny na Uniwersytecie Śląskim.

A teraz kosmetycznie.
Okazało się, że w/w giełda połączona jest z imprezą kosmetyczną! 13 i 14 IV br. odbywać się będą również  IX Opolskie Targi Mody, Urody i Zdrowego Stylu Życia

Możecie o tym przeczytać TUTAJ.

Na kosmetyki pewnie tylko rzucę okiem, bo przez ostatnie dni zrobiłam już duże (jak dla mnie) zakupy. Pochwalę się Wam nimi jutro.

A na koniec warsztat od Oriflame. Ja się nie wybieram, ale kiedy zobaczyłam ten plakat na uczelni, to pomyślałam, że może któraś z Was będzie zainteresowana.

Słaba jakość, bo fotka aparatem ;) Doczytacie się jakoś.

A jak się nie wybieracie, to przynajmniej podajcie info dalej ;)

P.S. A propos biur regionalnych. Ostatnio uświadomiłam sobie, że Avon takowe zakłada. Niestety nie ma ich w moim pobliżu.
  

wtorek, 9 kwietnia 2013

MATTujemy paznokcie z Nail Xpert od Pierre Rene

Dziś trochę o pazurkach. Sam pomysł na pewno do odkrywczych nie należy. Nie lubię długo dłubać nad paznokciami, aby uzyskać idealny efekt. Nie zmienia to faktu, że malować paznokcie lubię, więc cieszę się że płytka zregenerowała się i mam koniec abstynencji lakierniczej ;).

Dziś wystąpią:


 Od lewej:
Odżywka Joko Cosmetics Calcium Żel: regeneracja kruchych paznokci - ok. 10 zł za 10 ml z drogerii Delta
Lakier z Color Mania od Lovely (z bliżej nieokreślonym nr na opakowaniu) - ok. 4 zł za 8 ml z Rossmann
Matujący utrwalacz Matt Finish z Nail Xpert od Pierre Rene - ok. 13 zł

Co mam osiągnąć? Chcę pokazać wam jaką znalazłam alternatywę na kupowanie wielu modnych, matowych lakierów. Alternatywa na pewno bez ogromnych zachwytów, ale dla mnie z wystarczającym efektem. 


Odżywki Joko używam jako bazy. To jedyna odżywka, która w jakikolwiek pozytywny sposób działa na moje mocne, sztywne i kruche paznokcie. Mniej się łamią. Po nałożeniu przypomina bezbarwny lakier.


Lakier z Lovely, który uwielbiam za kolor i niesamowity błyszczący połysk, którego nie złapałam na żadnym zdjęciu (niektóre nawet zrobione w oświetleniu słońca). Raz już rozcieńczałam go rozpuszczalnikiem i działa dalej. Dwie warstwy dobrze kryją, przetrwają w dobrym stanie 3-4 dni. Na co drugi paznokieć nałożyłam dwie warstwy MATT FINISH. Jakoś wybitnie nie utrwala lakieru i nie przedłuża jego żywotności. Za to matuje dowolny lakier (zauważyłam, że niektóre wyschnięte lakiery potrafią zabarwić pędzelek, ale bez uszczerbku dla manicure).


I teraz 3 zdjęcia pod różnym kątem w różnym oświetleniu. Na pierwszym robionym w cieniu widać różnicę między lakierem bez wykończenia, a tym z MATTem.


W słoneczku różnica słaba. Taki efekt widać tylko na zdjęciu. W rzeczywistości jest dużo lepiej zmatowiony.


Ostatnie porównanie. Chyba najbliższe prawdy, jeśli chodzi o różnice w odbijaniu światła. Również tu zmatowiony paznokieć błyszczy się bardziej niż w rzeczywistości.

Jeśli MATTem pomalujemy "suchy" paznokieć, to faktycznie staje się bardziej matowy od naturalnej płytki. Pani w drogerii twierdziła, że jest bardzo modnym produktem kupowanym przez panów :).

Taki efekt utrzymuje się dwa dni. Potem zaczyna powoli przechodzić w "satynę", ale lakier nie odzyska dawnego blasku. Ładnie wychodzą matowe płytki z francuskim wykończeniem w błyszczącą końcówkę. 

Mimo to, efekt nie jest tak dobitny jak na niektórych lakierach oryginalnie matowych. Niemniej jednak zamiast kupować kilka nowych lakierów w odcieniach które już mam, wolę zaopatrzyć się w ten preparat do wszystkich kolorów.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Cienie Rimmel London Glam'Eyes Trio Eye Shadow: 710 Twilight Zone

Kilka miesięcy temu wraz z całą blogosferą udałam się na totalną promocję w Rossmannie -40% na wszystko. 40% to nie w kij dmuchał, pomyślałam. Szkoda tylko, że te procenty były odliczane od zawyżanych przed promocją sztucznych cen. Nie wszystkie artykuły były tak "udoskonalone", niestety tyczyło się to większości. Efekt był taki, że zniżka faktycznie była, ale nie aż tak duża. Dopisane 14.05.2013. Widzę, że ten wpis wzbudza kontrowersje, zwłaszcza na wizażu :). Z różnicą cen chodziło mi o to, że ceny regularne jakiś tydzień wcześniej były trochę niższe niż w trakcie akcji '-40%". Nie mam na myśli innych zniżek i rabatów. Jeśli chodzi o konkretne przykłady to ceny lakierów, które wcześniej kupowałam z Wibo i Lovely (Express Growth i jeszcze któreś serie, dokładnie już nie pamiętam - w każdym razie nie wszystkie) były zawyżone o 0,50 - 1,00 zł. Cienie Rimmel, o których tu piszę, były droższe o ok. 3 zł. Summa summarum i tak opłaca się kupować na takich promocjach, ale warto mieć świadomość, że nie wszystko złoto co się świeci. Pozdrawiam i życzę udanych łowów na -40% w maju :).

Rzadko kiedy wydaję ponad 20 zł na kosmetyki. Często szukam tańszych zamienników, bo cena rzadko jest skorelowana z jakością. Uległam opiniom na forach, że Rimmel to rewelacja i ich cienie też.

Kupiłam upatrzony zestaw cieni Rimmel Glam'Eyes Trio Eye Shadow: 710 Twilight Zone. Wybrałam go z myślą o makijażu w stylu kociego lub przydymionego oka. Cena regularna to ok. 28 zł za trzy kolory o gramaturze 4,2 g.


Co mówi producent?
Cienie Glam’Eyes - jedwabiście gładka formuła o nasyconym kolorze. Bardzo trwałe, odporne na ścieranie i osypywanie. Nie osadzają się w załamaniu powieki. Idealne do mieszania z innymi odcieniami.
...czyli trochę "baju-baj".


Cienie kupujemy w zgrabnym i poręcznym plastikowym opakowaniu zamykanym na "klik". Z tyłu podano "instrukcję obsługi" z dwiema propozycjami makijażu. Dołączony jest mało użyteczny dwustronny aplikator. Spełnia zadanie jako-tako do nakładania cieni na większą powierzchnię. Generalnie im ma być dokładniejszy makijaż, tym bardziej potrzebujemy pędzelka. 

 

 Trzy cienie opisałam tak jak w "instrukcji".  Często używam jedynki na powiekę i rozcieram ją ku brwi. Dwójka nieźle spisuje się do rozświetlania wewnętrznego kącika oka (zalecam pędzelek). Trojka jest faktycznie czarna i ma dużo pigmentu (na zdjęciu za bardzo zszarzała). Jeśli nie chcemy uzyskać efektu podbitego oka, koniecznie trzeba ją nakładać pędzelkiem. U mnie często na co dzień sprawdza się jako "kreska" zamiast eyelinera. Ładniej wchodzi między rzęsy i efekt jest delikatniejszy niż standardowo.

Mam duże problemy, żeby uzyskać dobry efekt jedynką. Słaby pigment, a jeśli chcemy nałożyć kolejne warstwy opad cienia na twarz murowany. Używałam go bez bazy pod cienie i czułam jakbym obsypywała się jedwabistą mąką. Jeśli jedynka, to tylko delikatny efekt. Za to z dwójką już jest lepiej, są jasne, srebrzyste i lekko błyszczące drobinki i pigmenty. Tu można łatwo przesadzić w drugą stronę i zrobić sobie białe oko. Utrzymuje się najdłużej z tej trójki. Czarny (nie)utrzymuje się jak dwa pozostałe, ale można łatwo stopniować nasycenie barwy.



Są bardzo nietrwałe, w połowie dnia zostaje sporo czarnego cienia, a pozostałe prawie znikają. Widać tylko ich resztki przy demakijażu na płatku. Obietnica firmy, że są odporne na ścieranie i osypywanie to bujda na resorach. Zwłaszcza w kwestii osypywania - wystarczy popatrzeć na "zapylone" opakowanie. Za to zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie zbierają się w załamaniu powieki. Nie ma na to szans, bo próba nałożenia większej ilości cieni kończy się z natychmiastowym osypaniem nadmiaru. Już przy aplikacji pędzelkiem często "gonię" po palecie rozsypujący się cień. A spadający na policzek czarny już mnie zdążył zirytować.
Dlatego na pewno nadają się na delikatny dzienny makijaż. Ewentualnie umiarkowany wieczorowy, najlepiej w między czasie poprawiany.
Można nakładać je na mokro - ja nie próbowałam, może któraś z Was spróbuje tego wariantu.

Plusy:
+ duży wybór różnych zestawów z serii Glam'Eyes
+ jedwabiście gładkie cienie
+ poręczne, estetyczne opakowanie
+ łatwo dostępne
+ sprawdzą się do dziennego, lekkiego makijażu

Wady:
- strasznie pylą i osypują się
- nietrwałe
- tandetny aplikator, z którego spada produkt
- kwestia: jakość do ceny regularnej to nieporozumienie
- różnica w jakości poszczególnych cieni

Na pewno nie kupię ich ponownie. Podobny zestaw o podobnej jakości można kupić za 1/3 do 1/2 ceny regularnej. Mój największy zarzut to to, że po Rimmel spodziewać się można dobrych lub bardzo dobrych produktów, a nie kosmetyków nijakich. Ani to dobre, ani złe cienie. Na pewno zużyję je, a potem poszukam innej alternatywy.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Zakupy ubraniowo-kosmetyczne i ślub za pasem.

 Najpierw kosmetycznie. Trwa blogowa mania na zakupy w Biedronce, po tym jak ukazała się gazetka z wiosennymi promocjami kosmetycznymi. Dla mnie szału w niej nie ma, ale wypatrzyłam mały jedwab do włosów. Zawsze chciałam wypróbować taki preparat, który u mojej fryzjerki potrafi cuda zdziałać. Do tej pory było mi z nim nie po drodze. Za jakiś czas doczeka się recenzji. Za jedwabiem wpadł do koszyczka pumeks z tarką. Za pumeksem chodziłam przynajmniej dwa tyg. i wiecznie zapominałam go kupić.


Po otwarciu (jeszcze w sklepie) kartoniku z jedwabiem ukazuje się taki widok. Nie cierpię zapychania powietrzem opakowań, aby ludzi łudzić dużą objętością produktu. Nic to, już wcześniej doczytałam, że za 4 zł dostaje się 15 ml jedwabiu, więc spodziewałam się, że pudełko jest na wyrost. Pumeks kosztował również 4 zł - na zdjęciu ma kolor niebieski.

 

A z drugiej strony ostra tarka do zadań ekstremalnych. Obok rzeczywisty rozmiar buteleczki z jedwabiem. Tyle w kwestii kosmetyków.


Bedzie ślub! Nie mój ;). Przyjaciółka wychodzi za mąż w majówkę. Nie bez znaczenia jest fakt, że na swojego męża upatrzyła sobie bliskiego mi mojego brata ciotecznego. Jako bonus zostałam poproszona o bycie świadkową. Z tej okazji w Konopiskach pod Częstochową sprawiłam sobie niebieską sukieneczkę za stargowane 120 zł. Materiał jest dużo ciemniejszy niż na zdjęciu. Pozostaje mi dylemat czy dobrać do tego dodatki kremowe wraz ze szpilkami, w których nie przetrwam całego wesela, czy już sprawdzone czarne ;). Pewnie trafi na te drugie.


Jako kolejny bonus na życzenie Panny Młodej mam zrobić jej delikatny komplet biżuterii z perełek na ten specjalny dzień. Wytyczne dostałam, a komplet już się tworzy. Jak będzie skończony, to pokażę Wam co z niego wyszło.

P.S.
Kiedy starałam się zachować anonimowość i bawiłam się prymitywną obróbką zdjęcia z sukienką mój Mężczyzna turlał się ze śmiechu, kiedy stwierdziłam że na w/w zdjęciu muszę sobie "oczy powiększyć na 26, bo dziwnie wyglądają" ;).

sobota, 6 kwietnia 2013

Krem na noc 20+ AA Sensitive Nature

Dziś recenzja kremu na noc dla młodej cery (20+) AA Sensitive Nature Active Moisturizing. Na wstępie chciałam zaznaczyć, że jest bardzo mało kremów dedykowanych kobietom w wieku 20+ i 25+. Od jakiegoś czasu media przestały upierać się przy stereotypach i powszechnie mówi się, że młoda cera również wymaga lekkiej pielęgnacji. Problemem dla mnie było to, że siedząc przed wystawką kremów w Rossmannie ten produkt był jedynym kremem oznaczonym jako 20+. Poza nim dorobiłam się kremu pod oczy Garnier, ale o tym napiszę innym razem. To, że ani jeden z kremów pod oczy nie był dedykowany młodym kobietkom to już w ogóle granda.


Krem kupujemy w zgrabnym kartonowym opakowaniu, które nawet odpowiada wielkościom samemu słoiczkowi. W związku z jego zniszczeniem i zawadzaniem w kosmetyczce poleciało do kosza - wtedy jeszcze nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś może mi się przydać (w dodatku do sfotografowania). Dostajemy 50 ml produktu w cenie 18-20 zł. 
Opakowanie jest klasycznym zwężającym się, szczelnie zakręcanym słoiczkiem. Szata graficzna jest uboga, ale na pewno nie ze względu na nią szukałam kremu. Opakowanie jest poręczne i wygodne.



Od producenta dowiadujemy się, że:
Organiczna woda z bławatka, pochodzącego z certyfikowanych upraw ekologicznych, bogata w sole mineralne oraz polifenole, działa kojąco i dodaje skórze blasku.
Organiczne masło karite, pochodzące z certyfikowanych upraw ekologicznych, doskonale odżywia i przyspiesza naturalne procesy regeneracji naskórka.
Wyciąg z pestek dyni wspomaga procesy odnowy skóry i łagodzi podrażnienia.
Gliceryna, wnikając w głębsze warstwy naskórka, nawilża skórę i pozostawia ją miękką w dotyku.
Nie wygrzebałam w internecie jego składu (a szkoda, bo sama jestem jego ciekawa), więc to na razie musi wystarczyć.


A jak było w praktyce? Krem jest gęsty, nawet bardzo. Zapach i konsystencja na początku kojarzyła mi się z dawnymi "uniwersalnymi" kremami Nivea w niewielkich, płaskich opakowaniach. Były one wielozadaniowe i kilkanaście lat temu  były w każdym domu i zastępowały wiele innych kremideł. W każdym razie zapach jest charakterystyczny, ale nie jest intensywny i dla mnie nie był uciążliwy.
Dzięki gęstości krem jest bardzo wydajny. Dobrze rozprowadza się, jeśli nakłada się go punktowo i dopiero wtedy rozciera. Teoretycznie powinno używać się go codziennie na noc, ale dla zadowalających efektów mi wystarczy jego używanie co drugi wieczór. Warto zaznaczyć, że nie używam innego nawilżacza. W składzie 99% to naturalne składniki, więc ma niedługi okres do zużycia - 6 miesięcy od otwarcia. Efekt jest taki, że do denka mi daleko, a pół roku zapasem. Na szczęście na razie nic się nie dzieje. Polubiłam go, więc postaram się go zużyć nawet po pół roku jeśli nie wyskoczą z nim jakieś problemy.
Jak to krem na noc jest dość ciężki, ładnie się wchłania, ale pozostawia lekko tłustą warstwę. Wyraźnie nawilżył moją skórę. Stała się bardziej elastyczna i miękka. Nie było żadnych niechcianych bonusów, faktycznie miałam wrażenie, że trochę moją skórę zrelaksował i ukoił. Dodatkowym plusem jest to, że nie ma efektu zapychania.

Plusy:
+ wydajny
+ nawilża, regeneruje, uelastycznia i poprawia kondycję skóry (działa!)
+ akceptowalny stosunek ilości do ceny
+ poręczne opakowanie

Wady:
- (tylko) pół roku na zużycie
- niektórym może przeszkadzać film, jaki pozostawia na skórze

Dla mnie to dobry produkt na noc, którego największą zaletą jest to, że działa i że jest dedykowany mojej grupie wiekowej. Chętnie kupię jego kolejne opakowanie.