Strona główna

poniedziałek, 11 marca 2013

Biszkopt z serem i kokosem

Poniżej podaję przepis na "biszkopt zawsze udany" z serem (na zimno) i pieczonym kokosem a la bounty na górze. Miała być zebra, ale w domu mama przez pomyłkę kupiła nie ten ser co chciała i dostałam go w spadku. 

Biszkopt:
- 7 jaj
- 7 łyżek cukru
- 7 łyżek mąki
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia.
- 1/2 szklanki naparu z kawy

Jaja ubić mikserem na pianę (długo i na wysokich obrotach, ale niekoniecznie na sztywną jak koci ogon) dosypując stopniowo cukier. Proszek do pieczenia dosypać do mąki, wymieszać. Dodawać stopniowo do piany (przesypując przez sito) i mieszać drewnianą łyżką "góra - dół". Pianę wylać na blachę z piekarnika pokrytą papierem do pieczenia. Wstawić do nagrzanego piekarnika do 180 st. C i piec około 18-20 min.
Wystudzony biszkopt ściągnąć z papieru i nasączyć naparem z kawy.

Ser:
- 1 kg sera waniliowego (w wiaderku, z przeznaczeniem do sernika na zimno)
- 1 szklanka rodzynek
- 2 łyżeczki żelatyny
- jeśli ser nie jest "waniliowy" można dodać 1 cukier waniliowy

Ser wyjąć z lodówki by nabrał pokojowej temperatury. Żelatynę rozpuścić w 1/4 szklanki gorącej wody. Wlać do sera i wsypać rodzynki (+ ewentualny cukier waniliowy). Wymieszać wszystko łyżką. Rozłożyć warstwą na biszkopcie.

Kokos:
- 200 g wiórków kokosowych
- 6 białek jaj
- 1 szklanka cukru
- kawałek margaryny (tłuszczu)

Ubić białka na sztywną pianę mikserem. Stopniowo dodać cukier miksując. Wsypać wiórki kokosowe i delikatnie wymieszać łyżką. Blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia i mocno posmarować margaryną (kokos lubi przywrzeć do papieru). Piec w 180 st. C około 20 min. Wystudzony oderwać od papieru i przykryć nim ser na biszkopcie. 
Kokos lubi pęknąć i rozlecieć się na 2-3 kawałki. Można to spokojnie zamaskować polewą.

Polewa:
- 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
- 1 łyżka margaryny/masła

W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę. Dodać margarynę (kiedy polewa stężeje nie będzie zbyt twarda). Dokładnie wymieszać. Polać wierzch ciasta w fantazyjne "mazy" - przy okazji zakamuflować ewentualne pęknięcia kokosu.


Wstawić do lodówki, by ser i polewa stężały (a tężeją dość szybko). I smacznego!

W oryginalnym przepisie zamiast sera używa się kremu na bazie budyniu. Tu chodziło o zużycie już kupionego serka - to połączenie też zdało egzamin.

Zawsze gdy jadę do domu w odwiedziny staram się wykorzystać fakt, że jest tam piekarnik. A tego sprzętu strasznie brakuje mi na co dzień u siebie.

piątek, 8 marca 2013

Perełkowe grona - kolczyki

Perły podobały mi się od dzieciństwa. W domu pereł zawsze było mało - uchodziły za zwiastun nieszczęścia. Z tego też powodu nie doczekałam się takiej wyśnionej biżuterii od jubilera. Z czasem i ze zwiększającą się świadomością w jaki sposób perły pozyskiwane są na światową skalę mój zapał trochę opadł.

Małe marzenia czasem się się spełniają i ku swej uciesze sama mogę zrobić biżuterię jaką zawsze chciałam mieć i to bez angażowania producentów tych świecidełek.


Taka biżuteria nigdy nie wychodzi z mody :). Robię sporo biżuterii z perełkami szklanymi. W końcu mogę się nimi nacieszyć. Inne cacuszka z perełkowej serii na pewno się tu pojawią.

środa, 6 marca 2013

Tusz wydłużający z Avon

Zawsze kiedy kończył mi się tusz do rzęs sięgałam po kolejny już z innej serii lub firmy. Żaden mnie nie oczarował na tyle by chcieć mieć go na dłużej. A tu nagle: eureka. Trafiłam na tusz SuperEXTEND Mascara z Avon, który prawie wykończyłam i już szukam konsultantki, żeby zamówić go ponownie.





Kiedy go zamawiałam dostępny był w kilku wersjach kolorystycznych, wybrałam klasyczną czerń. W ramach promocji kosztował ok. 16 zł, przy czym w aktualnym katalogu można mieć go za 20 zł (cena regularna to 35 zł). Obecnie dostępny jest tylko w wersji black.

Kiedy słyszę reklamy o super-ultra-kosmicznie-pro działających tuszach tylko przewracam oczami. A tu proszę, miła niespodzianka.

Tusz ma wydłużać - i wydłuża. No cóż, wydłuża o tyle ile mamy jaśniejsze końcówki rzęs, które niepomalowane są prawie niewidoczne. Zaletą jego jest to, że przy delikatnym makijażu faktycznie nie skleja rzęs na potęgę. Pod tym względem to najlepszy tusz jaki miałam. Nie umiałam przesadzić z jego ilością. Konsystencja dość płynna, ale nie odbija się na powiekach.

Atutem jest silikonowa szczoteczka w kształcie stożka. Od dziś nie chcę innych - tym jeżykiem naprawdę można wymodelować włoski, domalować te w kącikach oczu. Tu zarazą jest tusz, który lubi się przykleić do końcówki szczoteczki na jej szczycie, ale wszystkie moje poprzednie tusze też tak grzeszyły, wiec wybaczam.


Generalnie tusz ładnie wytrzymywał na oczach cały dzień. Dopiero teraz, kiedy się kończy i z czasem troszkę zgęstniał czasem zostawia małe grudki. To też wybaczam, bo pozostało mu najwyżej kilka dni życia, a wcześniej współpracował ze mną bez problemów.

Ze względu na jasną oprawę oczu bez tuszu wyglądam prawie jakbym rzęs nie miałam. Z drugiej strony w końcu trafiłam na tusz, który nie sprawia że rzęsy stają się ciężkie i przytłaczające. Idealny na co dzień do makijażu (co)dziennego.


Tak to wygląda w praktyce (tuszowane 2x resztką maskary). Kiedy przejrzałam fotki makro okazało się, że przynajmniej na nich widać, że jakieś rzęsy mam. Ba, nawet znajdzie się parę włosków sklejonych tym tuszem. Mimo tego efekt "z pół metra" jest świetny. Przemawia za tym fakt, że tusz poleciła mi koleżanka, która używa go od dłuższego czasu, a ja przez kilka miesięcy zachodziłam w głowę jakim cudem ma codziennie delikatnie pomalowane i idealnie porozdzielane rzęsy.

To mój nr 1 wśród tuszy, które do tej pory używałam. Do Avonu kiedyś się zraziłam i przez lata nic stamtąd nie zamawiałam. Dzięki temu produktowi ta marka znów wraca do moich łask.

Tak na marginesie: nie wiem czemu w katalogu i sklepie online Avon prezentuje jego zdjęcia z żarówiasto żółtą szczoteczką. Ja mam czarną - może zmieniono kolor już po tym jak kupiłam swój. Pomyłka. Po doszorowaniu szczoteczki okazało się, że faktycznie ma kolor słońca. Zostaje w mojej kosmetyczce jako grzebyk do brwi i rzęs. W tej roli sprawdza się lepiej niż mój poprzedni grzebyk, który niby został do tego stworzony.

Plusy:
+ wydajny
+ nie skleja rzęs
+ rzęsy pomalowane nawet 2-3x nie stają się ciężkie
+ nie odbija się na powiece
+ idealny do dziennego makijażu
+ często jest w promocji

Wady:
- Avon = brak go w stacjonarnych drogeriach
- jeśli miałabym go kupić w cenie regularnej, to objętość 7 ml mnie nie powala
- może być zbyt delikatny do wieczorowego makijażu
- obecnie tylko dostępny w kolorze czarnym

Z czystym sumieniem: polecam!

poniedziałek, 4 marca 2013

Kruche faworki

Dziś będzie na słodko. W zeszły weekend trwała produkcja chrustu. Zdjęcie zrobione na szybko, bo potem "to był moment i nie było już niczego". Wyszły wybitnie kruche, cienkie i pełne pęcherzy powietrza. Warto robić je we dwoje - to dobra zabawa, którą można sprawniej pokierować niż w pojedynkę. Oczywiście nie oznacza to, że ciastka nie udadzą się gdy robimy je sami.

Składniki:
- 2 szklanki mąki (nawet trochę więcej)
- 3 żółtka
- 1 całe jajko
- 4 łyżeczki wódki (lub dwie łyżeczki spirytusu)
- 1 łyżeczka octu
- 3 łyżki gęstej śmietany
- cukier puder do posypania
- 1 litr oleju (tyle się go "zużywa")

Nie dodajemy cukru do masy, bo ciasto może się przypalać. Nie dajemy proszku do pieczenia (bo to w przypadku faworków zbrodnia).

Z tego przepisu wyszło mi tyle ciastek (ponad 4 talerze obiadowe):


Z 1 i 1/5 szklanki przesianej mąki, żółtek, jajka, wódki/spirytusu, octu i śmietany wyrobić ręką ciasto. W miarę mieszania dodawać pozostałą mąkę, tak by ciasto było sprężyste i nieklejące. Czasem potrzeba więcej niż 2 szklanki mąki. Ważne by wyrabiać je jak najdłużej. 20 minut to absolutne minimum. Sporo osób "tłucze" ciasto wałkiem - ja nie, ale jeśli ktoś chce się wyżyć to czemu nie ;). 
Obite/wyrobione ciasto podzielić na 3-4 części. Każdą kolejno rozwałkowywać cieniutko i podsypywać obficie mąką. Im wałkowane cieniej tym lepiej - nie da się przesadzić, no chyba że już dziury wylecą. Kroić nożykiem na tasiemki - szerokość i długość wg własnych preferencji. Ja jeszcze po wycięciu lekko naciągam je palcami, by były jeszcze cieńsze. Przy niewielkim rondlu z litrem oleju dobrze smaży się niezbyt długie. Z drugiej strony im faworek dłuższy, tym szykowniejszy. Tasiemki naciąć w środku, przewinąć przez otwór jeden koniec faworka. Smażyć krótko, po 1-2 minuty z każdej strony po kilka sztuk aż się ze złocą. Odsączyć na papierowym ręczniku. Obficie posypywać cukrem pudrem.

Jeśli robi się to w dwie osoby, to optymalnie jest gdy jedna wałkuje i kroi, a druga smaży. W pojedynkę łatwo się zagapić i zamiast złotych, mamy brązowe faworki. Generalnie też są jadalne, ale już nie tak smaczne. Dlatego warto najpierw naszykować sobie wszystkie faworki do smażenia, a dopiero później to robić. Ciasto trzeba pilnować aby nie wyschło przed "zawijaniem" faworków, bo wtedy łatwo je porwać. Faworki czekające na smażenie mogą już obeschnąć - nie zaszkodzi im to.

Jeśli faworki mają postać dłużej niż jeden dzień warto część schować do szczelnych plastikowych pojemniczków - nie stracą na kruchości i nie zawilgną.

To proste i bardzo smaczne ciastka. Na moim stole goszczą nie tylko w czwartkowe święto.

piątek, 1 marca 2013

Bursztynowe kolczyki.

Bursztynek, bursztynek znalazłam go na plaży. 
Słoneczna kropelka, kropelka złotych marzeń.

Tak też dla dzieci śpiewały Fasolki. Niestety nigdy na plaży nie znalazłam bursztynu. Kolczyki też nie są z niego zrobione, za to całkiem zgrabnie przeganiają szare zimowe chmury. I poprawiają humor, kiedy się je robi (sprawdzone).


W związku z dotarciem na ostatni semestr studiów w końcu doczekałam się czasów, kiedy plan zajęć nie jest zawalony od rana do wieczora. Co prawda czasem dalej czuję się jak studentka wieczorowa, ale przynajmniej nie spędzam całych dni na uczelni. Najważniejszym obowiązkiem jest napisanie licencjatu - poza tym sporo wolnego czasu. O dziwo znajomi z roku śmieją się, że jest go nawet za dużo i nie wiedzą co z sobą zrobić :). A ja nie rozumiem, bo wciąż mam sto pomysłów na minutę jak można ten czas z przyjemnością wykorzystać. Choćby na zrobienie takich kolczyków.