Dziś nie kosmetycznie i wyjątkowo trochę prywaty. Kto chce się pośmiać i wysłuchać trochę żali: zapraszam, rozsiądź się przed monitorem najlepiej z kubkiem dobrej kawy/herbaty. Komu się czytać nie chce lub chce kosmetyki: zapraszam na następną notkę za jakieś dwa dni.
Trochę żali:
Generalnie mam urwanie... głowy. Na uczelni ludziom odbija, kończę poprawiać pracę dyplomową, moja promotor okazała się tak niekompetentną istotą ludzką, że się w głowie nie mieści i wisi nade mną (i innymi przyszłymi lic./mgr) wizja nie obronienia. Mężczyzna wybył mi do nowej pracy, szykuje nam się do końca miesiąca przeprowadzka pod nieznany nam jeszcze adres, a miejsce gdzie obecnie mieszkamy stało się cokolwiek nieznośne. Potem szukanie pracy dorywczej dla mnie i rekrutacja na kolejne studia i studium.
Bum. Taki mały armagedon. Najwyżej mnie wywiozą i dadzą żółte papiery.
Teraz trochę komedii (w końcu do dramatu zalicza się i komedie, i tragedie, więc wszystko się zgadza):
W tej całej kołomyi (patrz akapit wyżej) padły mi dwie opony w samochodzie. Stare były, wyskoczyły na nich buły. Auto radośnie merdało swoim tyłem. Trzeba kupić nowe, założyć i gitara. Koszt koło 400 zł. Ała.
Mój Mężczyzna poszedł do pracy, a do mnie wpadł Brat na kawę. Brat jeździ zawodowo, właśnie stopem wracał do siebie do domu (niedogadanie rozładunku), a tu moje Opole wyrosło mu po drodze na drodze. Szybka kawa: ma u siebie dwie używki, będą pasować do mojego pojazdu. Efekt: zamiast wracać stopem zawiozłam go do domu, bezczelnie pozbawiłam dwóch używek, wdarłam się na krzywy ryjek do mechanika, który pozbył się moich bułowatych opon (które już zaczynały pękać wewnątrz i od środka nosiły ślady czegoś, co mogło świadczyć o łataniu przez poprzedniego właściciela) i pochwalił, że na tych używkach trochę pojeżdżę.
Potem jeszcze obiad, kawka (Brat nauczył mnie w końcu przyrządzać smaczne krewetki - hurra!) i w drogę powrotną. Sto kilometrów, ulewa, burza, powódź na drodze. Mycie podwozia gratis. O dziwo woda nie wlała się do środka. Sukces normalnie, a już myślałam, że przyjdzie mi śpiewać We all live in a green submarine, green submarine, green submarine... Chodniki znikły gdzieś pod wodą, ale jak odbiłam się od jednego na zakręcie, to wiedziałam, że muszę odbić trochę w lewo, bardziej z nurtem. Wróciłam do domu dumna z nowych-starych opon, zaoszczędzenia trochę zł i samego faktu, że nie muszę ani ja, ani mój Mężczyzna za tym latać.
Wczoraj jedziemy razem do pobliskiego sklepu w celu zakupów grillowych i (On nieświadomy) w celu "zobaczenia różnicy", że kuprem auta już nie buja od Sasa do lasa.
No, jedziemy:
- I jak te opony, teraz też nami buja (pytam podekscytowana)?
- No. Buja, trzeba szybko zmienić.
Obraza majestatu pełna, ja taka z siebie zadowolona, a On mi mówi, że dalej buja?
- Coś źle powiedziałem?
- W zasadzie nie. Pogadamy pod sklepem, jak auto obejrzysz.
Dwie minuty nerwówki. Wysiadamy na parkingu.
- No i zobacz opony, i dopiero powiedz.
- Rany boskie, czemu Ty mi pod domem nie powiedziałaś, przecież bym zrobił... Załamanie pełne i lekki wyrzut w głosie.
Lekkie zdziwko z mojej strony. Zaczynam tłumaczyć, że mamy stare-nowe opony, obchodzę auto od tyłu od strony pasażera, a głos sam mi się ucina.
Z tyłu na mojej pięknej starej-nowej oponie jest kapeć. Permanentny kapeć. Wyciągamy koło zapasowe z bagażnika.
Kurtyna i ręce opadają.
Pomysł by opisać tę sytuację z prezentacją jazdy na nowych-starych oponach wziął się z wczorajszej rozmowy z Arcy Joko. Wspominałyśmy spostrzegawczość mężczyzn w kategoriach nowy makijaż/kolor włosów. Cóż, wczoraj posądziłam mojego Mężczyznę o brak spostrzegawczości w kategorii samochodowej, jak widać niesłusznie. Mówię Wam, ten brak spostrzegawczości kosmetycznej można im wybaczyć. :)














