Strona główna

niedziela, 24 listopada 2013

Co zawinił zmywacz lakieru Brytyjczykom, czyli bulwersująca głupota okołokosmetyczna.

Każda z Nas czasem trafia w mediach na info, które budzi w niej wewnętrzny sprzeciw. Ostatnio bokiem wychodzą mi wiadomości o "biednych" polskich "ekologach" w Rosji. Teraz przyszedł czas na kretynizm z Naszego kosmetycznego świata. Same zobaczcie na co idą nasze pieniądze, kto chce zabronić nam kupowania zmywaczy lakierów do paznokci. Może warto napisać poradnik: "Jak być zadbaną kobietą, która w przyszłości nie będzie posądzana o terroryzm"? Już piszę o co mi chodzi.

Przy kubku kawy zainteresował mnie artykuł Filipa Śliwy: Zmywacze do paznokci i farby do włosów będą wycofywane ze sklepów? Nowy projekt walki z terroryzmem. Onet odsyła dalej do źródła na dailymail.uk.com, a co ciekawsze fragmenty cytuję poniżej, jednak zachęcam do przeczytania całości.

W Wielkiej Brytanii powstał projekt wycofania z ogólnodostępnej sprzedaży produktów, takich jak zmywacze do paznokci czy farby do włosów. Dlaczego? Substancje aktywne, zawarte w tych produktach często są składnikami - konstruowanych w domowych warunkach - bomb. Działania te mają przyczyniać się do zapobiegania atakom terrorystów.

Brytyjska organizacja rządowa "The Home Office" (...) uzasadnia postulat faktem, że tego typu bomby zostały użyte w ponad 70 proc. ataków terrorystycznych, do których doszło od późny lat dziewięćdziesiątych.


Z artykułu wynika, że zagrożeniem są zmywacze do lakierów paznokci z acetonem, farby do włosów, środki czystości i inne. Aż dziwię się, że nikt z tych "inteligentnych" ludzi nie doczepił się do napoi a'la cola - wszak tam też jest kwas siarkowy.

W ramach manipulacji Onet powołuje się na spotkanie unijne, ale jakoś nie podał o które dokładnie chodzi:

Oficjalne plany wycofania, bądź ograniczenia sprzedaży dla ww. produktów zostały zaprezentowane podczas zjazdu członków Unii Europejskiej, gdzie dyskutowano o dostępności substancji chemicznych, które mogą być wykorzystywane w działalności terrorystycznej.
 

Mi najbardziej podobał się pomysł rozwiązania problemu, by podawać personalia przy zakupie tych produktów. Już widzę siebie w drogerii, kupującą zmywacz, na co pani w kasie prosi o moje dane osobowe i adres zamieszkania.
Naprawdę na takie idiotyzmy poświęca się czas na zebraniach UE opłacanych za nasze ciężko zarobione pieniądze? Litości... Czym prędzej udam się zmyć manicure, bo jeszcze okaże się że jutro ktoś mi tego zakaże.

Dobra, na dziś już mi wystarczy absurdów.
* * *

Tak w ogóle dziś miało być o Rossmannie, ale kiedy za oknem jest szaro-buro, zimno, a w domu tak ciemno, że od 8 rano trzeba ratować się sztucznym oświetleniem, to od razu wiem, że zdjęcia kosmetyków wyjdą poniżej poziomu mułu. Zakupowy post pojawi się jutro (jak dobrze pójdzie).

środa, 20 listopada 2013

Odżywka do kruchych paznokci od Joko

Jaki piękny dzień: odwołane poranne zajęcia na uczelni, listonosz przyniósł paczuszkę z Allegro z kosmetykami. Wśród nich jest "cudowne" złote serum od Sally Hansen, więc najwyższy czas pozbyć się swojej starej odżywki do paznokci. Dziś dwa słowa na temat odżywki do regeneracji kruchych paznokci Calcium Żel od Joko. Służyła mi wiernie, ale czas się pożegnać.


Kupiłam ją za ok. 10zł/10ml na początku tego roku, kiedy paznokcie odmówiły mi posłuszeństwa. Zawsze są grube, ale bardzo kruche i przy regularnym malowaniu lakierami mają tendencję do rozdwajania się. Od chwili zakupu używałam ją jako bazę pod lakier.


 Opakowanie "może być" jeśli używamy jej krótko. Kwadratowa zatyczka, krótki i cienki pędzelek. Niestety przez to, że jest krótki ciężko sięgać po odżywkę, kiedy zużyjemy połowę. Po ok. 9 miesiącach zaczęła gęstnieć (dlatego dziś nie mam dla Was zdjęcia jak wygląda na paznokciach), a ciągłe przechylanie buteleczki by sięgnąć po kosmetyk stało się irytujące. W dodatku zaraz po zakupie podczas zakręcania pękła mi zakrętka, choć nie zakręcałam jej na siłę. Myślałam, że to przypadek, ale potem u którejś z Was widziałam identyczne pęknięcie.


Odżywka w buteleczce jest jasnoróżowa. Na paznokciu zupełnie transparentna i nie różni się wyglądem od lakierów bezbarwnych. Nie miałam problemów z jej zmywaniem. Cudów nie dokonała, określenie "żel" też nie jest adekwatne, bo przypomina konsystencją zwykły lakier. Za to duży plus dla niej za to, że długie paznokcie zaczęły poddawać się i lekko wyginać, zamiast od razu pękać. Mogłam też dłużej malować paznokcie bez uszczerbków w postaci rozdwajania się płytki. Zapobiegała też farbowaniu się płytki od lakierów. Jedyny lakier, który z nią nie współpracował, to pomarańczowo-żarówiasty lakier od Allekosmetyki. Zafarbował płytkę, która zaczęła rozdwajać się na samym środku (za to jego niebieski kolega współpracował z nią bez zarzutu).

Plusy:
+ cena/objętość
+ "uelastyczniła" kruche paznokcie
+ płytka dłużej utrzymywała się w dobrej kondycji
+ zabezpiecza przed farbowaniem.

Wady:
- opakowanie: pęknięta zatyczka, za krótki pędzelek
- po długim eksploatowaniu paznokci lakierami płytka zaczyna się i tak niszczyć

Fenomenu nie odkryłam. Mimo to znalazłam pierwszą odżywkę, która załatwiła sprawę moich kruchych paznokci. Obraziłam się trochę na niesforne opakowanie i przez to przerzucam się na preparat Sally Hansen. Kto wie, może Joko zgęstniała przez to pęknięcie zakrętki. W przyszłości są jednak duże szanse, że do niej wrócę. Oby do tej pory zmieniło się jej opakowanie.

piątek, 15 listopada 2013

Domowe rogaliki do kawy i herbaty

Dziś coś na słodko - w zeszłym tygodniu okupowałam kuchnię przez ponad 3 godziny, aby przygotować domowe rogaliki. Są to przekąski czasochłonne, ale z talerzyków znikają od razu, więc warto poświęcić im trochę czasu. Ciasto robię mało słodkie, więc z powodzeniem może posłużyć do robienia rogalików ze słodkim nadzieniem, jak również do robienia pasztecików.


Ciasto na 32 rogaliki:
- 4 szkl. mąki
- 200g margaryny (+50g dodatkowo)
- 2 żółtka (+białka dodatkowo)
- 200g gęstej śmietany
- 50g świeżych drożdży lub 2x saszetka drożdży granulowanych (wybrałam II opcję, choć na świeżych wychodzą równie dobre)
- szczypta soli
- 1 duży cukier waniliowy
- 1 łyżka cukru pudru

Nadzienie:
Zrobiłam w dwóch wersjach (w razie potrzeby dosłodzić, powinno być wyraźnie słodkie):
- duży słoik drylowanych wiśni (min. ~360ml)
- mus jabłkowy (jabłka gotowane i przetarte na sicie) + rodzynki + cynamon
- inne opcje: mus z innych owoców lub dżem, kostka czekolady, twaróg albo dowolny farsz "na słono".

Dodatkowo:
- cukier kryształ
- 50g margaryny
- białka z 2 jajek

Z margaryny z całej kostki (250g) odłożyć 50g i stopić, ostudzić. Pozostałą margarynę siekać z przesianą mąką. Dodać żółtka, śmietanę (w temp. pokojowej), sól, cukier puder, cukier waniliowy i drożdże. Zagnieść ciasto, aż stanie się jednolite (wyrabiać możliwie krótko). Podzielić na 4 równe części i bez czekania aż wyrośnie kolejno każdą z nich rozwałkować na okrągły placek o grubości 3mm. Każdy pokroić promieniście na 8 części (jak szprychy w rowerze), aby otrzymać kształty przypominające trójkąty. Każdy trójkąt posmarować stopioną margaryną i wykładać po ok. 1 łyżeczce nadzienia na szeroki koniec. Zwijać w rulon od szerokiego do spiczastego końca. Zawinąć boki, aby ciastko przypominało rogalik. Każdy posmarować białkiem i obsypać z góry cukrem kryształtem. Na blachę wchodzi ok. 16 sztuk. Piec w 200st.C do lekkiego zrumienienia.

Rogaliki wychodzą "półkruche", ciocia od której mam przepis nazywała je "półfrancuskimi". Jeśli komuś nie zależy na mocno wyrośniętych rogalikach i lubi bardziej kruche przekąski można zmniejszyć ilość drożdży o połowę.

Najlepiej smakują z dobrą kawą, ewentualnie gorącą herbatą. Czasochłonne, ale proste w wykonaniu. Lepiej nie zawijać ich szczelnie po wystygnięciu - przechodzą wtedy wilgocią z nadzienia.

P.S.
Ja to mam szczęście. W poniedziałek wybrałam się do kina. Wyłączyli mi prąd. W kinie brakło prądu. Fajnie, nie?

piątek, 8 listopada 2013

Czas na relaks z musującą kulą do kąpieli!

Mamy jesień, a co może być przyjemniejszego niż po zmarznięciu na dworze zanurzenie się w pachnącej, gorącej wodzie w wannie? To mój sposób na relaks i tym razem postanowiłam wypróbować musującą kulę (bombę) do kąpieli z herbatą z Biedronki. Tym razem kosmetyk nie był produkowany z myślą o tej sieciówce i przywędrował do nas z Londynu. Popełniła go firma Jardins de Provence, czyli nikt inny jak Marba.


Kula jest wielkości piłki tenisowej i waży 165g. Kosztuje 3,99zł Pomyłka, kosztuje 2,99 zł (a to oznacza, że zakup kwasku i sody do domowej produkcji to większy wydatek, niż kupno "gotowca") i jest to spory plus, bo za tego typu umilacze w drogeriach trzeba zapłacić zawyczaj 2x (i więcej) tyle. Kosmetyk jest szczelnie zafoliowany, przeznaczony do wrzucenia do ciepłej wody, kiedy wanna już będzie pełna. Podobno jest ręcznie robiony. Możliwe, ale ręce najwyrażniej posługiwały się półkulistymi formami do nadawania kształtu kosmetyku - wyraźnie widać miejsce "łączenia".


Przez folię widać pokruszone w drobny mak liście zielonej herbaty. O dziwo w wodzie prezentują się trochę lepiej i rozwijają w kawałki liści max 2x2 cm. Nie ma co liczyć na romantyczny efekt "płatków róż", niektórych może irytować pływające, poszarpane zielsko. Mi w sumie się podobało.


Przeczytałam o maśle shea, trochę powątpiewałam w jego istnienie. Z pomocą edukacyjną przyszła mi pewna strona kosmetyczna, gdzie można znaleźć różne składniki z wyszczególnieniem ich nazewnictwa INCI i krótkim opisem. W ten sposób odkryłam masło shea na IV miejscu w składzie pod nazwą Butylospermum Parkii. Na plus są jeszcze olejki z awokado i pestek winogron. Końcówka to substancje zapachowe (mają pachnieć różą, konwalią, jaśminem, pelargonią... a ja i tak czułam tylko zapach zielonej herbaty), które mogą niektórych uczulać.


Niewiele rzeczy mnie uczula, więc skład mi pasuje. Ale, ale... tyle zielska mi w wannie pływało, a tu w składzie pominięto zieloną herbatę! Nieładna wpadka, bo nie wiadomo co jeszcze mogło umknąć uwadze producenta. 

Po wrzuceniu kuli do wody kosmetyk zaczyna energicznie musować i naprawdę zasługuje na miano "Bath Bomb". Można poczuć się przez chwilę jak dziecko, które wlewa wodę do plastikowego jajka z Kinder Niespodzianki, dosypuje do niej proszek do pieczenia, wstrząsa i czeka na "bum!". W każdym razie woda staje się łagodniejsza i zauważalnie bardziej miękka (stawiam na kwas cytrynowy, który powinien rozjaśniać skórę, choć tego nie stwierdziłam). Czuć efekt nawilżenia dzięki tłuszczom roślinnym. I ten zapach! Uwielbiam świeże zapachy - herbatę, wiciokrzew etc. a tu aromat utrzymuje się od początku do końca kąpieli, osiada na skórze i można wyczuć go nawet po kilku godzinach od kąpieli.

Plusy:
+ tania (4zł/1szt.)
+ nawilża skórę
+ atrakcyjny, długo utrzymujący się i niechemiczny zapach
+ efektowne "musowanie" gwarantowane

Wady:
- dodatki zapachowe mogą uczulić wrażliwe osoby (choć mnie to się nie przytrafiło)
- znalazłam je tylko w Biedronce i nie wiem czy będą w regularnej sprzedaży

Jak tylko będę w Biedronce znów je kupię. Myślę, że ten zapach sprawdzi się jako dodatek do upominku świątecznego dla Mamy. Muszę wypróbować inne zapachy. Ten kosmetyk zapewnił mi świetny relaks i zastrzyk optymizmu :).

czwartek, 31 października 2013

Uzupełnienie kosmetyków & wydatki: październik 2013 || Halloween?

 Zauważyłam, że mimo pół roku skąpych wydatków kosmetycznych wciąż mi ich w domu nie brakuje. Jeśli czegoś potrzebuję, to zazwyczaj są to jakieś zachciewajki lub pojedyncze produkty, których nie mam w zapasie. Proces zużywania zakupionych i odłożonych "na potem" rzeczy trwa.

Tymczasem korzystam z drobnych przyjemności, które z rodzaju kosmetycznych wariacji definitywnie przeniosły się do wanny. W ten oto sposób w ręce wpadły mi w tym miesiącu:


Kula do kąpieli z zieloną herbatą (3,99 zł) i olejek do kąpieli/pod prysznic Tutti Frutti (9,99 zł).

Wydatki za październik 2013:
13,98 zł
 
* * *

Dziś ostatni dzień października. Jedni szykują się na halloweenowe szaleństwo, inni narzekają albo na nie albo na zbliżający się pokaz mody nowych płaszczy i bucików (który z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn odbywa się na cmentarzach). Bądź co bądź najbliższy weekend do spokojnych i nie emocjonujących należeć nie będzie i pewnie każdy z nas znajdzie powód do marudzenia (pogoda, kolor zniczy, przyjeżdżający wujek, którego nie lubimy...). Zobaczymy co z tego wyjdzie w tym roku - na razie mam ku temu wyjątkowo spokojne podejście.